Beata Tadla opowiada o podróżowaniu

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

- Wiele podróży jest podyktowanych zainteresowaniami syna - Beata Tadla opowiada o przygotowaniach do podróży i zasadach bezpieczeństwa

Beata Tadla / ONS
Beata Tadla / ONS

Anita Anders: Pamięta Pani pierwszą podróż z Jasiem?

Beata Tadla: Pamiętam, miał wtedy 4 miesiące. To była dłuższa podróż, do Legnicy, gdzie mieszkają moi rodzice. Jechałam z nim sama i trochę się obawiałam, bo niemal 500-kilometrowa podróż z takim maluchem  to nie lada wyzwanie. Potwornie się martwiłam, że jak się obudzi, to nie będę mogła go zabawiać; że trzeba będzie przerywać podróż. Obudził się akurat na autostradzie, a tam nie można było stanąć. Kiedy znowu zasnął, to mnie się zachciało skorzystać z toalety i musiałam niestety wytrzymać do końca - bo bałam się, że jak się zatrzymam, to się znowu obudzi. Kolejna podróż to podróż nad morze, z moimi rodzicami. Jaś miał wtedy pół roku i dobrze zniósł drogę. Odkąd skończył rok, przestał zasypiać w aucie, szkoda mu czasu na sen

Jak przygotowywała się Pani do tych pierwszych podróży?

Jaś jeździł w specjalnym nosidle, które oplata się pasami, żeby dziecko jechało bezpiecznie. Bardzo dbaliśmy o to, żeby nosidło było dobrze przymocowane, instrukcję montażu przestudiowałam niesamowicie skrupulatnie. Na dodatek pierwsze podróże łączą się z tym, że trzeba zabrać cały bagażnik akcesoriów dla dziecka. Dzisiaj po prostu wsiadamy do samochodu i nie ma problemu. A wcześniej trzeba było spakować wózek, torbę, mleko, odżywkę, łyżeczkę, butelkę, smoczek, pieluchy i tak dalej…

Jakie są wspomnienia z pierwszych wyjazdów? Udało się wypocząć, czy cały czas myślała Pani o tym, żeby nic złego się nie wydarzyło?

Jestem osobą, która myśli bardzo pozytywnie, więc nigdy nie kreślę pesymistycznych scenariuszy. Zawsze mi się wydaje, że wszystko będzie dobrze i kompletnie nie myślę o tym, co złego może się wydarzyć. Po prostu - mam plan podróży i chcę go realizować. Na szczęście, zazwyczaj się udaje. Pierwsze wakacje spędzaliśmy z moimi rodzicami. Wiedziałam, że będzie nam łatwiej. Rodziców mam niestety bardzo daleko od siebie (i czasem jest mi bardzo smutno z tego powodu), więc wakacje były takim punktem stycznym, gdzie mogliśmy po pierwsze pobyć razem, a po drugie oni bardzo chętnie zajęli się dzieckiem. W ten sposób ja i mój mąż mogliśmy spędzić troszkę czasu ze sobą. Oddając dziecko w ręce rodziców byłam pewna, że jest pod świetną opieką i nic mu się nie dzieje.

A czy w czasie rodzinnych wypraw zdarzyły się jakieś trudne, kryzysowe sytuacje?

Kiedy Jaś miał 4 lata, jechałam z nim do przyjaciół nad morze. Mąż zrobił nam kanapki na drogę, syn zjadł jedną i najwyraźniej mu zaszkodziła. Skończyło się niestety wymiotami, cały samochód był zabrudzony. Stałam w środku obcego miasta, przed jakimś bankiem, w godzinach otwarcia, więc pracownicy zaczęli się schodzić, a ja myłam wodą dziecko, przebierając je jednocześnie i czyszcząc samochód. Było lato - więc zapachy niekoniecznie komfortowe. Od tamtej pory pamiętam, aby mieć w samochodzie woreczek, chociaż Jaś nie ma choroby lokomocyjnej. Są to takie doświadczenia, po których wiemy, że lepiej nie dawać dziecku kanapki z papryką przed podróżą, bo to się potem niestety tak kończy.

Na co zatem zwracać uwagę, planując podróż z dzieckiem?

W trasie najważniejsze są pasy bezpieczeństwa, które bardzo nam się przydały, gdy mieliśmy wypadek samochodowy. Staliśmy na końcu korka na trasie A4 - a ja byłam taka dumna z siebie, że włączyłam światła awaryjne, aby ostrzegać innych kierowców! To był jeden jedyny raz, kiedy syn siedział na przednim siedzeniu - zawsze siedzi z tyłu, tak, jak powinien. Ale wtedy powiedziałam: - Synku, usiądź ze mną tuta. - To był dosłownie ułamek sekundy. Zdążyłam zobaczyć we wstecznym lusterku, że z tyłu jedzie rozpędzony samochód, który na pewno nie wyhamuje. Uderzył w nas z potężną siłą pijany kierowca. Być może opatrzność czuwała, być może instynkt matki spowodował, że Jaś ten jeden raz siedział z przodu,  z tylnej części auta niewiele zostało… . Miał oczywiście otarcia od pasa, ale podejrzewam, że gdyby tego pasa nie miał, to by wyleciał przez przednią szybę. Ja byłam trochę poobijana. Może jak zobaczyłam w lusterku samochód, to się spięłam, bo wiedziałam, że za chwilę nastąpi uderzenie, a on przyjął to bezwładnie? Pamiętam, że kiedy stwierdziłam,  że nic mu nie jest (oczywiście był w szoku, nie wiedział czy ma zacząć płakać, czy nie) i pocieszyłam go, powiedziałam: - Poczekaj. Wyjdę, zobaczę, co się stało. - Jak taka wilczyca, która broni stada, wyskoczyłam z samochodu i zaczęłam krzyczeć na człowieka, który w nas wjechał. Pamiętam, że powtarzałam: - Człowieku, ja z dzieckiem jadę! - To było wtedy dla mnie najważniejsze. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia, zostawiając samochód - rozbity w kompletne drobiazgi. Zaczął za nim gonić człowiek, w którego ja wjechałam siłą uderzenia. Ale pijany kierowca zaczął wyjmować coś zza pazuchy, więc drugi spasował. To mógł być pistolet albo nóż. Kto wie? Policja przyjechała, chociaż wcześniej facet błagał jakimś takim bełkotliwym głosem, żeby nie wzywać policji. Ja oczywiście wezwałam - dla mnie to jasne. Po kilkudziesięciu minutach poproszono mnie, żebym przyszła do radiowozu, bo zgłosił się sprawca. Okazało się, że nie był to sprawca, tylko ubrany w jego kurtkę mężczyzna starszy o jakieś 30 lat. I powiedział do mnie: - Bardzo panią przepraszam, ja wiem, że pani z dzieckiem jechała. - Widocznie tamten zapamiętał moje okrzyki i przekazał swojemu ojcu, który przyznał się do winy za syna.

Bo był trzeźwy.

A ja byłam wściekła, że moje dziecko musi to przeżywać. Kierowca zgłosił się na policję dobę później, już bez śladu alkoholu w organizmie, dostał mandat i tyle. Mam żal do policji, że go nie ścigali, gdy uciekł z miejsca wypadku.  Do dzisiaj mam traumę, kiedy stoję na światłach jako ostatnia - patrzę w lusterka za każdym razem… Zasady bezpieczeństwa są jak najbardziej oczywiste, to jest poza dyskusją, ale ja przygotowuję dziecko do podróży również mentalnie - wyjaśniam co zobaczymy, na co się przygotować, ile będzie trwała podróż. Uprzedzam, czego możemy się spodziewać po drodze; że staniemy w restauracji; że wcześniej trzeba informować o potrzebie skorzystania z toalety. W czasie podróży zawsze musi być woda, woreczek (na wszelki wypadek, gdzieś w kieszeni przed Jasiem). I zawsze jakiś suchy prowiant, bo zdarzyło się parę razy tak, że  on był bardzo głodny, a nie mogliśmy zatrzymać się w żadnej przydrożnej knajpce, by coś zjeść, bo staliśmy w korku. Paluszki, precelki, krakersy - to się zawsze przydaje.

Tłumaczy Pani Jasiowi w jaki sposób zachować się w obcym mieście, w sytuacji, gdy straci rodziców z pola widzenia?

Jaś od małego jest przygotowywany na tak zwany "wszelki wypadek". Oczywiście, przy dziecku ma się oczy "dookoła głowy", ale bywają różne sytuacje - przecież wiadomo, że czasem wystarczy moment nieuwagi czy wyłączenie czujności na ułamek sekundy, a dziecko w tłumie już się gubi. Jaś był zawsze przygotowany na taką ewentualność. Od najmłodszych lat zna podstawowe dane i numery ratunkowe. Jak jechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, miał przy sobie karteczkę z imieniem i nazwiskiem, numerami telefonów do nas, do rodziny w kraju, łącznie z adresem polskiej ambasady.

Czyli pełne przygotowanie.

Absolutnie tak. Trzeba dmuchać na zimne w takich sytuacjach.

Czy zna Pani zasady udzielania pierwszej pomocy dzieciom?

Na pewno wiem jak się zachować, kiedy dziecko się zakrztusi, jak należy postępować, kiedy straci oddech - to są zasady, które znam jeszcze z kursu przed porodem. Na szczęście moje dziecko świetnie pływa, choć oczywiście nie wypuszczę go samotnie na środek jeziora. Jednak gdyby coś złego się stało, wiem jak ratować. Krwotok z nosa mam opanowany. I zawsze apteczka pod ręką - zwykły plasterek, który jest magiczny, bo dzieci wierzą w jego moc uzdrawiającą, nawet jeśli nie jest konieczny.

Jak długo trwają przygotowania do wyprawy? Planujecie z dużym wyprzedzeniem gdzie pójdziecie, co zobaczycie?

Tak! Moje dziecko, jak wspominałam we wcześniejszym wywiadzie, przedkłada doświadczenie nad posiadanie. I dlatego umarłabym z wyrzutów sumienia, gdybym odłożyła zapowiadaną podróż. Wszystko inne rzucę - bo jak powiem, że tego dnia wyjeżdżamy, to tak po prostu jest. Planujemy podróż, wchodzimy do Internetu, bo właściwie wiele podróży jest podyktowanych zainteresowaniami syna. Gdyby nie to, że znał całą panoramę Manhattanu, to być może nie zdecydowalibyśmy się na podróż do Nowego Jorku akurat teraz. Jaś tak marzył o tym, żeby wejść na Empire State Building, zobaczyć miejsce, gdzie stały wieże World Trade Center i popłynąć w kierunku Statui Wolności. To było jego ogromne pragnienie! I tę podróż podporządkowaliśmy tak naprawdę jemu. Wyszukujemy ciekawe miejsca w kraju, np. jakiś park dinozaurów, park miniatur architektonicznych (też ze względu na jego zainteresowanie architekturą) i staramy się do nich docierać. Robimy plan podróży, a potem go realizujemy. Jaś w Internecie zawsze musi sprawdzić hotel - czy będzie miejsce do zabawy. Zresztą jesteśmy zaangażowani w akcję poszukiwania hoteli przyjaznych rodzinie, więc mamy większą świadomość tego, co hotel może, a nawet powinien zaoferować. Jaś jest wyedukowany w tym kierunku. Poza tym to jest dzieciak, który zadaje mnóstwo pytań, nie ma nawet czasu spać. Jak jechaliśmy do Sarajewa, nie spał 20 godzin - bo musiał zwiedzać.

Czy trudniej jest zorganizować podróż za granicę czy nie ma to już znaczenia?

Nie ma już znaczenia. Trzeba tylko pamiętać o dokumentach, bo nawet jeśli dorośli podróżują przez strefę Schengen bez paszportu, dziecko musi posiadać paszport. To absolutnie ważne, aby o tym wiedzieć - w razie konieczności musimy bowiem udowodnić, że to nasze dziecko i nikogo nie porwaliśmy. Jeżeli oddajemy dziecko pod opiekę naszych rodziców, warto ich zaopatrzyć w odpowiedni dokument - że zgadzamy się na wyjazd, że powierzamy dziecko opiece dziadków. Jeśli ten dokument jest potwierdzony notarialnie, to jeszcze lepiej. Dzisiaj podróżowanie i po kraju, i za granicą jest uzależnione tylko od naszej pomysłowości. I od tego, jak sobie zorganizujemy wyjazd.

Jakie trasy poleciłaby Pani mamom z małymi dziećmi?

Przede wszystkim polecam Kazimierz Dolny. Dla mnie miejsce magiczne, tylko nie wiem, czy małe dzieci znajdą coś dla siebie? Dla rodzin z małymi dziećmi najlepsze są hotele, które mają pełną ofertę, a przy tym są w ciekawych miejscach - blisko morza lub gór; gdzie można zaczerpnąć świeżego powietrza, podziwiać piękne widoki, a przy okazji w hotelu jest basen, z pełną infrastrukturą dla dzieci, z kącikami zabaw i tak dalej. Jest taki hotel w Kołobrzegu, który oferuje nawet więcej niż  oczekiwany standard. Np. jest tam otoczony szkłem plac zabaw dla dzieci w kawiarni - rodzice sobie siedzą, więc dziecko nie traci ich z pola widzenia i odwrotnie. Polecam hotele, które oprócz widoków i świeżego powietrza mają także atrakcje dla dzieci. Z całą odpowiedzialnością polecam Bałtów, gdzie jest Park Dinozaurów, rollercoaster, minizoo,  a zimą dodatkowo stok narciarski - miejsce dla całej rodziny. Kolejne to Inwałd, a więc Park Miniatur, w którym jest np. labirynt z żywopłotu. Dzieciaki mogą się do woli gubić, ale dla rodziców jest wybudowany specjalny podest, dzięki któremu mogą się rozglądać i poprowadzić dziecko do wyjścia. Są takie miejsca, np. Muzeum Zabawek w Kielcach - tam jeszcze się nie wybraliśmy, ale mamy to w planach. Polecam Kraków, bo dziecko musi zobaczyć smoka ziejącego ogniem! I oczywiście trzeba opowiedzieć legendę. Planując podróż zawsze czytamy o miejscach, do których się wybieramy, a potem weryfikujemy to z rzeczywistością.

Tematy: Beata Tadla, podróż, podróż z dzieckiem, wywiad, pierwsza pomoc, pierwsza podróż z dzieckiem

Komentarze