Prawda o Mikołaju nie musi zniszczyć magii 6. grudnia. Tylko – jak to zrobić?

Ocena: 4.7/5 Głosów: 17
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

Jednym z rodzicielskich dylematów, z którymi przyszło mi się zmierzyć, była kwestia świętego Mikołaja. Tak, tak. Nieźle nagłowiłam się, co z tym fantem zrobić. Nie wiedziałam, czy powinnam pozwolić synowi w niego wierzyć i potwierdzać, że istnieje, czy jednak od początku postawić sprawę jasno. Przyznaję uczciwie, że postawiłam na mówienie prawdy od samego początku, ale jednocześnie nie pozwoliłam, aby magia tego dnia prysła. Dlaczego tak zrobiłam?

Fotolia

Może niektórych to zdziwi, że w ogóle czymś takim zaprzątałam sobie głowę, ale dla mnie to był bardzo poważny dylemat. Jestem zdania, że nie powinniśmy bagatelizować spraw, które dla dziecka są ważne, więc nad każdą kwestią się pochylam i analizuję. Uważam także zaufanie za jeden z fundamentów szczęśliwej rodziny, więc siłą rzeczy położyłam silny akcent w wychowywaniu syna na obopólną szczerość. Podtrzymywanie wersji o istnieniu Mikołaja jest bądź co bądź, mistyfikacją, która kiedyś może wiązać się z bolesnym rozczarowaniem mojego dziecka. Jednak takie zupełne pozbawienie go nadziei i radości z tego dnia też było dla mnie, nie do przyjęcia. Szczęśliwie udało mi się z tego kłopotu wybrnąć tak, aby mieć ciastko i zjeść ciastko. 

Doszłam do wniosku, że jakakolwiek nieuczciwość nie powinna mieć w naszej rodzinie miejsca. Rozmawiam z synem na wszystkie trudne tematy szczerze (oczywiście, mając na względzie jego wiek) i on odwdzięcza mi się tym samym – szczerość za szczerość. Nie mogłabym kiedyś w przyszłości stanąć przed moim synem i tak po prostu mu powiedzieć, że okłamywałam go przez wiele lat w sprawie, która była dla niego istotna. Zbyt dobrze pamiętam swoje bolesne rozczarowanie z dzieciństwa, które bardzo mocno nadwyrężyło moje zaufanie do rodziców, szkoły i dorosłych w ogóle. Miałam wrażenie, że stałam się ofiarą spisku, w którym brał udział cały świat. Pamiętam jakie wątpliwości we mnie zasiała ta sytuacja. Sądziłam, że jeżeli potrafili mnie okłamywać tak długo, to nie wiadomo czego jeszcze się dowiem, bo pewnie dużo więcej przede mną tają. Pewnie może wydać się to niepoważne i dziecinne, ale co tu kryć, taka właśnie byłam w wieku siedmiu lat i taka jest większość dzieci.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że mikołajki są jednym z tych dni, na które czeka się z wytęsknieniem, szczególnie, kiedy ma się kilka lat. U nas już pierwsze oznaki zbliżającej się zimy rozbudzają w moim synu nadzieję na bliskość świąt Bożego Narodzenia, których fenomenalnym zwiastunem jest właśnie szósty grudnia. Wiem, że nie jesteśmy odosobnieni w tym oczekiwaniu. Okres świąt jest magiczny, urokliwy i pełen blasku. Przypuszczalnie kołacze się w waszych głowach myśl, że skoro jest to takie ważne wydarzenie w życiu dzieci, to czy właściwym postępowaniem jest odczarowywanie go przyziemnością. Proza dnia jeszcze nie raz da się młodemu człowiekowi we znaki. Może warto by go przed tym ochronić zanim jeszcze się da?

Oczywiście rozumiem te rodzicielskie intencje, bo sama mam takie same pragnienia i aspiracje i także chcę czynić świat dla swojego syna lepszym. Jednak spójrzmy przez chwilę z perspektywy malucha który marzy o czymś bardzo mocno. Ma w świadomości, że skoro cały rok bardzo się starał, to Mikołaj na pewno go doceni. Tymczasem w paczce znajduje tylko trochę słodyczy i skarpety. Jeden z moich znajomych w dzieciństwie za taką sytuację zaczął obwiniać członków rodziny, którzy zostali posądzeni o to, że zabrali i schowali lepszą część prezentu. Inny mógłby obciążyć siebie winą, że nie starał się zbyt mocno albo dojść do wniosku, że nie warto się starać w ogóle, bo to i tak nie daje rezultatów. Żaden z tych scenariuszy nie jest ochroną dziecka, lecz, w mojej opinii, raczej ciężarem nakładanym na jego barki. 

Często nie zdajemy sobie sprawy, jaki wpływ może mieć wplatanie przez rodziców fikcji w rzeczywiste życie dziecka. Małe dzieci bezwzględnie nam – rodzicom  ufają i nierzadko gotowe są stanąć w obronie naszych słów. Nadejście dnia, w którym zorientują się, że wprowadzono je w błąd, sprawi, że będą boleśnie dotknięte, nawet jeżeli tego nie okażą. U bardziej wrażliwych i szlachetnych malców, nadużycie zaufania spowodować może głębokie urazy psychiczne i moralne. Nie jest to bezzasadne. Nasze słowa są dla dzieci bazą, na której budują swój świat. Brak prawdy w naszym przekazie sprawia, że ich świat drży w posadach.

Dzieci nie są bezmyślne i nigdy nie wybaczają kłamstwa. Trzeba pamiętać, że ich reakcje są zupełnie inne niż człowieka dorosłego. Ich myślenie nie jest dojrzałe, nie bierze pod uwagę relatywizmu – mama albo zawsze mówi prawdę, albo nie. Brak zmysłu krytycznego i wyczucia subtelnych niuansów sprawia, że dzieciaki biorą dosłownie wszystko, co mówią rodzice zarówno historie z przeszłości czy opowieści o starcu w czerwonym wdzianku. Miejmy na uwadze, że każde miniecie się z prawdą może zniszczyć cały nasz autorytet moralny. Nawet jeżeli dziecko od razu tego nie zauważy, to i tak gdzieś w głębi jego serca pozostanie bolesne rozczarowanie, nieobojętna rysa na zaufaniu.

Mogłabym wymieniać jeszcze wiele powodów, dla których uważam, że nie warto okłamywać dziecka nawet w kwestii Mikołaja, ale nie chciałabym zostać zrozumiana jako ktoś walczący z tą wspaniałą tradycją. Jestem jednym z jej najbardziej gorliwych fanów i w naszej rodzinie szósty grudnia ma swoje wyjątkowe miejsce od zawsze. Nie chcę również, aby ktoś pomyślał, że wszystkie wymyślone opowieści są złe. Bajki są ważnym elementem dzieciństwa, ich odpowiedni dobór może dawać nadzieję, rozwijać wyobraźnię czy działać terapeutycznie. Są wspaniałą bazą, na której można budować tożsamość dziecka. Jestem podobnego zdania jak Montessori [1] , która radziła, aby pomóc dziecku rozróżnić fikcję od rzeczywistości. Opowiadając bajkę dziecku, po prostu wspomnij, że to fantazja. Później, gdy maluch będzie bał się potworów wychodzących spod łóżka, będziesz mógł do tego rozróżnienia się odwołać. Pamiętaj, że ważniejsza dla dziecka jest pewność, że może polegać na rodzicach niż opowieść, która kiedyś pryśnie jak bańka mydlana, zabierając ze sobą więcej niż mogłoby się wydawać – wiarę i nadzieję na lepszy świat.

Nie musi tak być. Radość, wiara, nadzieja, opowieści i magia świąt nie są zarezerwowane tylko dla dzieci. Chciałabym, żeby mój syn zabrał to piękno i ten urok ze sobą w dorosłość. Dlatego postawiłam na autentyczność. Jest coś, co pozwoliło nam uratować magię świąt i jednocześnie zachować tak ważną dla nas szczerość – wrażliwość. Opowiedziałam mojemu synkowi historię o świętym Mikołaju inaczej. Zaczęłam od tego kim on tak naprawdę był i co robił. Zrelacjonowałam, co o nim wiemy  że pozostawiał innym ludziom ukradkiem prezenty, gdyż chciał im w taki sposób pomagać i sprawiać radość. Pokazałam, że teraz cały świat bawi się w Mikołajów w jego imieniny, bo to jest taka tradycja, na cześć człowieka, który miał tak dobre serce, że nie chciał rozgłosu, tylko pomagał innym. Zaproponowałam, że fajnie by było wziąć udział w tej zabawie i przygotować sobie wzajemnie prezenty. Co nam to dało?

Oczywiście mój syn uznał, że to świetny pomysł i teraz nie tylko czeka na prezent, ale też samodzielnie szykuje upominki dla najbliższych. Nie martwi go sprawa kogoś, kogo nie ma, nie szuka podstępu, a ja nie boję się, że kiedyś usłyszy od rówieśników: przecież Mikołaj nie istnieje, ty naiwniaku. Uczę go, że magia nie musi spadać z nieba, lecz tak naprawdę jest w codzienności i można aktywnie dążyć do szczęścia i obdarzać nim innych. Staram się pokazać synowi, że pomaganie i sprawianie radości innym jest wartościowe, że nie tylko ciągłe otrzymywanie, ale także ofiarowywanie jest w życiu elementem szczęścia. Zachowujemy wspaniałą tradycję, pogłębiliśmy jej przeżywanie, dodaliśmy więcej radości w jej obchodzenie i, co najważniejsze, nie ucierpiało na tym wzajemne zaufanie.

[1] Maria Montessori – pedagog, antropolog, twórczyni tzw. metody Montessori, metody wychowawczej zakładającej wszechstronny rozwój dziecka poprzez zabawę.

 

Tematy: prawda o Mikołaju, mikołajki

Komentarze