Życie, które nie istnieje

Ocena: 4.78/5 Głosów: 6
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

Nie chodzi już tylko o zdjęcia malucha pluskającego się w wannie czy niezdarnie celującego na nocniczek. Włączając otoczenie w każdy szczegół codzienności swojej i dziecka, także tej niewstydliwej, zabawnej i, zdawałoby się, atrakcyjnej, ryzykujemy o wiele więcej, niż może się wydawać.

Fotolia

Portale społecznościowe, blogi czy videoblogi cieszą się wciąż rosnącą popularnością. Nic dziwnego – kierowani nieposkromioną ciekawością, chętnie podglądamy życie innych, a jednocześnie pragniemy być integralną częścią tej dynamicznie rozwijającej się społeczności wirtualnej, realnie wpływającej przecież na naszą rzeczywistość.

To tu zawsze znajdziemy kogoś, z kim podzielimy się historią naszej walki z chorobą nowotworową, nadwagą czy depresją. To tu trafimy na współpasjonatów podróży, fotografii czy gotowania. To tu zawsze możemy liczyć na – większe lub mniejsze – zainteresowanie, którego deficyt tak często boleśnie doskwiera nam w codziennym życiu.

W ten trend coraz częściej wpisują się rodziny, które upubliczniają w internecie zdjęcia i filmy ze swojego życia prywatnego. To, co niegdyś nabożnie prezentowane było w zdezelowanych albumach jedynie bliskim przy okazji świątecznych spotkań, dziś może ocenić całkowicie obcy nam mieszkaniec innego kontynentu, niejednokrotnie wykorzystując to jako pomysł na niekoniecznie wdzięcznego mema.

Granice prywatności w różnym czasie, nie były wyznaczane w taki sam sposób jak dziś. Również w różnych kulturach nie są postrzegane tak samo. Gdy dodamy do tego indywidualne podejście każdego z nas, może się okazać, że prywatność jest kwestią całkowicie płynną, niedającą się okiełznać konkretnymi zasadami.

Całą sprawę jeszcze bardziej skomplikował nam specyficzny twór, jakim jest internet. Chociaż nadal się go uczymy, staramy się ucywilizować, zapominamy, że obowiązują tu inne zasady dzielenia się informacjami niż poza siecią. To co raz zostanie tu zamieszczone zaczyna żyć swoim życiem. Traci pierwotne znaczenie, funkcjonuje w oderwaniu od zamiarów i emocji, towarzyszących nam w chwili publikacji. 

To, jak bardzo specyficzny jest charakter relacji pomiędzy autorem a odbiorcami, wyraźnie obrazuje sytuacja, której główną bohaterką stała się  Simone Thurber. Kobieta postanowiła upublicznić w sieci własny poród siłami natury (w pełnym tego słowa znaczeniu, bowiem zdecydowała się wydać na świat potomka w lesie Queensland w Australii). Z jednej strony zainteresowanie było ogromne – film obejrzało ponad 50 mln widzów. Większość komentujących nie ukrywało jednak oburzenia. Nagranie uznano za obrzydliwe, patologiczne, pornograficzne, a rodzice zostali nazwani idiotami. Padały również sugestie, że kobieta powinna zostać aresztowana. Zadziałał prosty mechanizm: wzbudzenie zainteresowania, zaspokojenie ciekawości, wydanie osądu i gotować na krytykę czegoś nowego, równie absorbującego. Schemat ten realizowany jest przez większość odbiorców, którym podsuwamy coraz to nowe obrazki z życia naszych bliskich.

Niekontrolowane zapraszanie innych do życia prywatnego – naszego i naszych dzieci – to świadoma rezygnacja z własnej intymności. A to właśnie intymność jest jednym z fundamentów wszelkich głębokich więzi i bliskich relacji, jest cementem, który spaja związek z tymi, którzy są dla nas naprawdę ważni. To jak z posiadaniem wspólnej tajemnicy. Osoby, które ją znają, już zawsze łączyć będzie coś wyjątkowego. 

Ważną rolę odgrywa w tym wszystkim satysfakcja, o której nie sposób nie wspomnieć. Jeżeli nasze życie nie jest zbyt ciekawe, powinniśmy zastanowić się nad tym jak uczynić je lepszym, a nie nad tym, jaką sytuację zaaranżować, aby zebrać jeszcze więcej lajków. Dzielenie się podrasowanymi chwilami, pięknymi jedynie z perspektywy naszego walla nie wpłynie na zwiększenie satysfakcji, przeciwnie, frustracja stanie się jeszcze bardziej gorzka. Nie jesteśmy przecież tacy sami jak na zdjęciach, które publikujemy. Nasze dzieci nie są zawsze ładnie ubrane, rzadko kiedy przychodzi im do głowy elegancka riposta, z której bylibyśmy dumni. Groźna staje się perspektywa narzucania dzieciom naszej wizji wirtualnego świata idealnego, której najzwyczajniej nie da się spełnić. Stąd już tylko krótka droga do wypracowania w pociechach niskiej samooceny, doskonałe przecież nigdy nie będą.

Przyjemnie jest patrzeć na wzrastającą liczbę łapek pod wrzuconym do sieci zdjęciem roześmianego malucha. O przyjemności do zniewolenia dzieli nas jednak cienka linia. Bardzo łatwo stracić kontrolę i stać się ofiarą własnych wpisów, żyć i robić coś tylko po to, żeby się tym pochwalić. Przenieść przeżycia do internetu oznacza przestać przeżywać w rzeczywistości. Uzależnić się od opinii innych równa się zrezygnować z własnego zdania. Czy tego właśnie chcemy nauczyć dzieci? Mentalnego ekshibicjonizmu? 

Tematy: dziecko w sieci, prywatność dziecka w sieci

Komentarze