Nie wiem, czy widzowie oczekują od nas bycia cyborgami - wywiad z Beatą Tadlą

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

- W tamtym momencie przestałam panować nad gestami, słowami i emocjami. Przestało mnie obchodzić, czy mam dobry makijaż i odpowiednią fryzurę – dziennikarka Beata Tadla opowiada o dyżurze w dniu katastrofy w Smoleńsku.

Beata Tadla / ONS
Beata Tadla / ONS

Beata Tadla opowiada o macierzyństwie

Anita Anders: W dzień katastrofy była Pani w studiu od samego początku. Dziennikarz powinien przekazać fakty w sposób obiektywny. Czy w takim momencie można oddzielić obowiązki zawodowe od ludzkich emocji?

Beata Tadla: Nie ma takiej możliwości. Wiadomość o katastrofie spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Nikt nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Właściwie cały czas mówiliśmy: - Nie, to jakaś plotka, ktoś coś wypuścił, sprawdzają nas. - Ale kiedy już odczytaliśmy nazwiska ofiar i kiedy za każdą z tych ofiar stanęła twarz znajomego człowieka, to przecież nie sposób udawać, że nas to nie obchodzi i z kamienną twarzą przekazywać widzom kolejne doniesienia. Najnowsze informacje spływały zresztą bez przerwy, w pewnym momencie po prostu zaczęliśmy tonąć w kartkach. Zginęło prawie 100 osób, z czego ogromna część to ludzie znani nam od lat. Nie wiem, czy widzowie oczekują od nas bycia cyborgami. Wydaje mi się, że kiedy pokazujemy "ludzką" twarz, to czują, że jesteśmy bliżej nich. W tamtym momencie przestałam panować nad gestami, nad słowami i nad emocjami. Przestało mnie obchodzić, czy mam rozmazany makijaż, czy mam odpowiednią fryzurę, jak wyglądam, głos mi się łamał. To były ludzkie odruchy. Nikt nas nigdy nie uczył, jak reagować w takich sytuacjach, więc trudno tu o konkretną definicję zawodowstwa.

W czasie swojej pracy w TVN relacjonowała już Pani m.in. wypadek pod Grenoble, katastrofę w kopalni Wujek-Śląsk. Czy takie wydarzenia można ze sobą porównywać?

Każda katastrofa, która wydarzyła się do tej pory, nie miała "twarzy", a ta ma konkretne twarze - znane nie tylko dziennikarzom, ale także wszystkim ludziom w Polsce. Kiedy ginie nawet wiele osób, czy to pod Grenoble, czy w kopalni, to oczywiście ogromne tragedie dla bliskich, ale dla innych Polaków to niestety ciągle anonimowi ludzie. Oczywiście pochylamy się nad ich losem, ale to nie ma takiego samego wymiaru. Nie można powiedzieć, że ta śmierć jest ważniejsza, a ta jest mniej ważna. Ale katastrofa pod Smoleńskiem miała szczególny wymiar, bo nagle nasze państwo dotknęła krzywda. Po pierwsze w postaci straty ludzi, którzy zajmowali ważne stanowiska, a których teraz trzeba będzie zastąpić (i zrobić to w trybie natychmiastowym), a po drugie właśnie dlatego, że ci wszyscy ludzie byli po prostu znani.

Co Pani robiła po zakończeniu dyżuru?

Najpierw wypłakałam się w ramię Jarka Kuźniara. Kiedy wszyscy mogli zadzwonić do swoich znajomych, podzielić się tą okropną informacją, my musieliśmy o tym opowiadać. Nie można było po prostu rozbeczeć się w głos albo zakląć w studiu. Potem pojechałam do domu. Mój mąż [Radosław Kietliński, szef informacji Polsat News - przyp. red.] miał pójść do pracy dopilnować, żeby transmisje z uroczystości katyńskich rozpoczęły się zgodnie z planem. Miał być w pracy 15 minut, więc zostawił naszego syna w domu. Ale kiedy to wszystko się zaczęło, nie mógł już wrócić. A ja byłam wtedy na antenie, nie mając zielonego pojęcia, że dziecko zostało samo w domu! Jaś zniósł to bardzo dzielnie. To już 9-letni samodzielny chłopiec, ale mimo wszystko pierwszy raz był w domu tak długo sam. Sytuacja była wyjątkowa i on to doskonale rozumiał. Zadzwoniłam do niego, pytając, czy wie, co się stało. Powiedział: - Tak. Mamusiu wróć do domu, to cię przytulę, bo wiem, że bardzo to przeżywasz. - W domu nie mogłam sobie kompletnie znaleźć miejsca. W końcu pojechaliśmy przed Pałac Prezydencki. Jakiś przedziwny wewnętrzny odruch kazał nam tam po prostu być. Chciałam, żeby Jaś to zapamiętał. Wydawało mi się, że zdarzyła się właśnie historia i że będzie o tym czytał w podręcznikach albo w książkach, a jeśli tego fizycznie nie dotknie i nie przeżyje, to tak mocno tego nie zapamięta. Sądziłam, że jestem w tym momencie odpowiedzialna za jego historyczną pamięć. Więc poszliśmy przed pałac. Byliśmy tam zresztą kilka razy.

Czy musiała mu Pani wytłumaczyć, co się stało? Czy były konieczne rozmowy o śmierci?

Ze swoim synem rozmawiam o wszystkim. Na poważne i na te mniej poważne tematy. Jaś właściwie od zawsze ogląda ze mną filmy dla dorosłych, ale nie zostaje z nimi nigdy sam. Jestem po to, żebym mogła odpowiedzieć na każde pytanie, które się w tej jego małej głowie pojawi. Jaś jest oswojony z tematem umierania. Zresztą ma swoją ulubioną książeczkę pt. "Mała książka o śmierci", którą serdecznie polecam wszystkim rodzicom. Pierwsze takie rozmowy były prowadzone, gdy umarł pradziadek Jasia, potem przy okazji śmierci Jana Pawła II, przy Wielkanocy.  Teraz rozmawialiśmy właściwie nie o samej śmierci. Jaś był bardziej zainteresowany tym, dlaczego to, co się stało, ma takie znaczenie - kim byli ci ludzie i dlaczego nagle państwo odczuwa taką wyrwę. Trzeba było mu wytłumaczyć, kim były poszczególne osoby; że ja tych wszystkich ludzi znałam, przeprowadzałam z nimi wywiady, zapraszałam do studia, spotykałam w wielu innych miejscach.

Od samego początku pracy zawodowej związała się Pani z mediami. Czy radio było celowym wyborem?

W ogóle nie chciałam pracować w mediach - chciałam być aktorką! Brałam udział w szkolnych akademiach, recytowałam wiersze. Marzyłam, że będę zdawać do Akademii Teatralnej, układałam plany: co będę robić, gdzie występować. Zupełnie nie myślałam o tym, że będę pracować w mediach, w ogóle nawet nie znałam tego słowa. Ono się gdzieś tam potem dopiero pojawiło. Opowiadam zawsze, że roznosiłam wtedy gazety i stąd dowiedziałam się, że jest casting do radia, które właśnie powstaje. Pomyślałam sobie, że spróbuję - jako ciekawe doświadczenie, dodatkową formę zarobkowania. Przeszłam casting, dostałam się i zaczęłam pracować. No i natychmiast się zakochałam.

To był początek lat 90. Świat mediów wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Ma już Pani za sobą prawie 20 lat doświadczenia zawodowego. Na przestrzeni tych lat obserwowała Pani zapewne duże zmiany w mediach?

Pewnie. Na początku lat 90. wolne media zaczęły się dopiero tworzyć. To, co się działo przed '89 rokiem kompletnie nie miało znaczenia. Podziemne, nielegalne media nie były żadnym przykładem. Media reżimowe też przestały nim być. Gotowych wzorców z Zachodu nie sposób było przenieść na polski grunt. To na nas - ludziach, którzy w tym czasie te media zaczęli tworzyć - ciążył obowiązek zorganizowania rynku. Na początku błądziliśmy jak dzieci we mgle i wszystko odbywało się po omacku. Ścieżki kariery były wtedy bardzo krótkie, ludzie przychodzili niemal z ulicy. W wieku 22 lat byłam reporterką sejmową - dzisiaj jak ktoś ma 22 lata to się z niego wyśmiewam, że jest jeszcze młody i nic nie wie. A ja wtedy byłam już "ważną" panią redaktor. W wieku 24 lat relacjonowałam szczyt NATO w Madrycie. Widziałam jak upadają koalicje, jak tworzą się nowe, obserwowałam wybory. Kiedy zaczynałam pracę, pisałam treści serwisów informacyjnych długopisem na kartce z nasłuchu radiowej Trójki. Komputerów nie było w ogóle - komputer w naszej świadomości był tylko do jakichś obliczeń, do gier. A teraz bez komputera ani rusz! O Internecie jeszcze wtedy nawet nikt nie słyszał. Magnetofon, który nosiłam na ramieniu, ważył chyba kilka kilogramów. Pierwszy telefon komórkowy podobnie. Warsztat dziennikarza radiowego był dosłownie bardzo ciężki. Dzisiaj nagrywa mnie pani na dyktafon mieszczący się w najmniejszej kieszeni marynarki, więc niech to będzie po prostu symbol tego, jak bardzo zmieniły się media.

Jakie są zalety wynikające z pracy dziennikarza?

Ogromną satysfakcję daje mi świadomość, że za każdą, nawet tą smutną informacją, kryje się jakiś cel. Jeżeli mówimy o dzieciach bitych, poniżanych, krzywdzonych to chcę myślec, że uwrażliwiamy na to widzów. Podam taki przykład - po ujawnieniu historii dzieci umieszczanych w beczkach po urodzeniu podniosły się głosy: - Gdzie byli sąsiedzi? Dlaczego nikt nic nie zauważył? Dlaczego nikt nie zapobiegł tragedii? - I po jakimś czasie zaczęliśmy otrzymywać do redakcji bardzo dużo telefonów prewencyjnych, kiedy ludzie dzwonią i mówią: - Za moją ścianą, w bloku obok, dzieje się coś złego. - Nawet jeżeli nic się tam wielkiego nie działo, ale wcześniej zdarzały się już interwencje, być może udało nam się jakiejś tragedii zapobiec. Jeżeli mówimy ludziom, że nie wolno zostawiać bezdomnego na mrozie, to nawet jeżeli jeden bezdomny zostanie ocalony, już wtedy nasza praca ma jakiś sens. To daje mi satysfakcję.

To pokazuje, że niektórzy ludzie traktują media jako system, który ma realny wpływ na rzeczywistość.

Media stały się instytucją zastępczą. Ludziom zaczęło się wydawać, że media są w stanie coś za nich załatwić. Ale też wiedzą, że media mogą być lekarstwem na bezradność instytucji państwowych. Jeśli wzbudzamy takie zaufanie u ludzi, że zwracają się do nas ze swoim konkretnym problemem, swoim małym niezałatwionym kwitkiem, to znaczy że wierzą, że coś z tym zrobimy. Albo to odniesie jakiś skutek, albo nie. Ale już sam fakt, że się tym zainteresowaliśmy, daje ludziom poczucie bezpieczeństwa.

Zaczęła Pani pracę bardzo szybko, jako 16-latka. Czy jeśli syn będzie chciał podjąć pracę w tak młodym wieku będzie miała Pani coś przeciwko?

Jeśli tylko zapewni mnie, że nie zawali nauki (a ja o tym musiałam zapewniać swoich rodziców), to chyba nie będę miała nic przeciwko temu. Ważne, żeby znaleźć proporcje. Nie musiałam iść do pracy. Bardzo chciałam, ale to nie było tak, że musiałam pomagać w utrzymaniu domu. Gdyby Jaś chciał iść do pracy, mając 16 lat, myślę, że nie miałabym nic przeciwko temu.

A co Panią skłoniło do tego, żeby tak szybko podjąć pracę?

To był przypadek. Oczywiście nie rozpoczęłam pracy na pełen etat. Po szkole zaczęłam sobie chodzić do radia, prowadziłam jakieś audycje, robiłam wywiady, ale to nie było tak, że zajmowało mi to kilka godzin dziennie. Przede wszystkim musiałam myśleć o szkole (bo to była druga klasa ogólniaka), musiałam myśleć o maturze i o studiach. Traktowałam tę pracę jako pasję. Inni w tym czasie pisali wiersze albo zbierali znaczki, a ja pracowałam w radiu. Pokochałam radio od pierwszego wejrzenia i tak już zostało. Prawie 20 lat.

Tematy: praca, wywiad, macierzyństwo i kariera, Beata Tadla

Komentarze