Feministka w ciąży

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

W świadomości społecznej wciąż pokutuje obraz feministki jako nienawidzącej mężczyzn frustratki, która o przedstawicielach płci przeciwnej nie wyraża się inaczej niż „samce”. Robi karierę, a dzieci nie lubi. Feministka w ciąży?

Feministki walczą o prawo do świadomych wyborów, nie oznacza to jednak, że wszystkie rezygnują z macierzyństwa
Feministki walczą o prawo do świadomych wyborów, nie oznacza to jednak, że wszystkie rezygnują z macierzyństwa

Udział mężczyzny stara się ograniczyć do minimum - ma przekazać nasienie i do niczego więcej się nie mieszać. Jeśli feministka zachodzi w ciążę, to tylko po to, żeby pokazać, że da sobie radę i sama wychowa dziecko. Które - oczywiście - będzie dziewczynką.
Tyle mity. A jak jest naprawdę?

Słowo feminizm pochodzi od łacińskiego femina - kobieta. I właśnie tym - kobietą i jej prawami - zajmuje się współczesny ruch feministyczny. Feministki (i feminiści) sprzeciwiają się społecznej dominacji mężczyzn i dyskryminacji ze względu na płeć. Nie chodzi jednak o wyeliminowanie mężczyzn czy przejęcie ich roli, ale o prawo każdego - niezależnie od płci - do decydowania o sobie.

"Feministka w ciąży" to wcale nie taki paradoks, jakby się mogło wydawać. Przecież ciąża to sprawa ściśle "feministyczna" - bo dotycząca przede wszystkim kobiety i jej ciała.

 

Wolny wybór

Jeden z najchętniej powtarzanych mitów to ten, że feministka, sama stawiając na niezależność i karierę zawodową, gardzi matkami - "kurami domowymi". Czy jednak ktoś walczący o edukację seksualną, dostęp do antykoncepcji, wreszcie - prawo do aborcji - musi z definicji być wrogiem ciąży, ciężarnych i dzieci? Niekoniecznie. Feministki nie są przeciwniczkami macierzyństwa, podkreślają jedynie, że ma to być macierzyństwo godne - świadome, wynikające z własnej decyzji i przeżywane w godziwych warunkach. Tym, co odróżnia organizacje feministyczne od tzw. "prorodzinnych" jest skupienie uwagi nie na dzieciach i rodzinie, ale na kobiecie. To przede wszystkim ona ma być chroniona, jej prawa muszą być przestrzegane. Podstawowym jest prawo do wolności wyboru. Tylko kobieta może podjąć decyzję, kiedy, jak i czy w ogóle chce mieć dziecko.

Znakomitym przykładem jest tu pisarka, feministka i działaczka społeczna Sylwia Chutnik, prywatnie matka pięcioletniego Brunona. Założona przez nią fundacja MaMa zajmuje się prawami ciężarnych, promuje solidarność i samopomoc wśród młodych mam, walczy o poprawę warunków życia matek (zwłaszcza samotnych, wielodzietnych, borykających się z problemami finansowymi, mających kłopoty z wyegzekwowaniem alimentów itp.). MaMa jest współorganizatorem licznych kampanii społecznych, takich jak "Odmienny stan - odmienne traktowanie" promujący życzliwość dla ciężarnych. Jak zauważa Chutnik, kobieta w ciąży (a raczej - jej brzuch) bywa obiektem zainteresowania i zachwytów, dopóki nie okaże się, że potrzebna jest jej pomoc (chociażby ustąpienie miejsca w autobusie).

 

Infantylny inkubator

W rozmowach z feministkami-matkami pojawia się często opinia, że kobieta w ciąży traktowana bywa jak własność publiczna. Nie należy już do siebie, ale do społeczeństwa. Jej ciało staje się dobrem wspólnym.

- Najbardziej wkurzające? Wyobrażasz sobie, żeby teraz, na ulicy, ktoś podszedł do ciebie i dotknął twojego brzucha? Nie? No właśnie. Kiedy jesteś w ciąży, każdy może cię pomacać i bardzo się zdziwi, jeśli będziesz miała coś przeciwko - mówi Joanna, feministka, mama 3-letniego Kuby.

Wiele kobiet skarży się, że będąc w ciąży w pewnym sensie tracą podmiotowość. Postrzegane są jako rodzaj inkubatora - ich potrzeby schodzą na dalszy plan, liczy się kiełkujące "nowe życie". Lekarzy często interesuje wyłącznie zdrowie dziecka, nie zajmują się samopoczuciem przyszłej matki, bagatelizują niepokoje, zrzucając je na karb "hormonów". Lekceważą pytania, nie udzielają konkretnych informacji, traktują z góry i protekcjonalnie.

Na pewnym etapie rozwoju małego dziecka dorośli zwracają się do niego tzw. "językiem nianiek" - uproszczonym i pełnym zdrobnień, mocno infantylnym. Ciężarna kobieta, nie wiedzieć czemu, także bywa tym językiem traktowana. Nie ma brzucha, tylko "brzuszek", nie oczekuje "dziecka" tylko "dzidziusia". Tak, jakby ciąża anulowała rozwój społeczny i wykształcenie, redukując kobietę do roli samiczki - głupiej, płochliwej i otumanionej hormonami. Do której trzeba mówić wolno, spokojnie i słodko. Prostym językiem, najlepiej wielkimi literami.

- Żebym się nie zestresowała i nie zagryzła młodych, jak każda zagrożona samica? - zastanawia się Joanna.

 

"Nareszcie zmądrzałaś"

Kobietę, która otwarcie deklarowała poglądy feministyczne, a teraz jest w ciąży, ludzie często chwalą. Nareszcie zmądrzała, zrozumiała, co w życiu ważne. Przestała zajmować się "tymi feministycznymi bzdurami", pojęła, że najważniejsza rola w życiu kobiety, to ta matki i żony.

- Nie, nie zmądrzałam. Moje poglądy się nie zmieniły. Nie uważam, że rodzina jest największym szczęściem, jakie może spotkać kobietę. To osobisty wybór. Ja zdecydowałam się na macierzyństwo, ale nie każdy musi - mówi Joanna.

Podkreśla, że ciąża była dla niej wspaniałym przeżyciem, odkryciem nowych, głębszych aspektów własnej kobiecości. Ale także - zderzeniem z całą masą schematów myślowych. Swojego syna Joanna i jej partner starają się wychować na mądrego, wrażliwego człowieka, wolnego od uprzedzeń i stereotypów społecznych.

- Mam nadzieję, że Kuba wyrośnie na fajnego faceta, który będzie umiał sam uprać sobie skarpetki - śmieje się Joanna.

Feminizm to nie choroba - ciąża z niego nie leczy.

Tematy: feminizm, feministka, ciąża, kobieta, macierzyństwo, Fundacja MaMa

Komentarze