Beata Tadla opowiada o macierzyństwie

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

- Macierzyństwo sprawiło, że jestem lepszym człowiekiem - rozmowa z dziennikarką Beatą Tadlą

Beata Tadla z synem Jasiem / ONS
Beata Tadla z synem Jasiem / ONS

Anita Anders: Jaką jest Pani mamą? Wyrozumiałą czy wymagającą?

Beata Tadla: I taką, i taką. Myślę, że jedno drugiego nie wyklucza. Cieszę się, że udało nam się wypracować taki nasz wspólny język. Syn przychodzi do mnie ze wszystkim, niczego się nie boi, wie, że nawet jeżeli zrobi coś paskudnego, zawsze możemy o tym porozmawiać. Wolę, żeby przyznał się sam, niż żebym dowiadywała się od kogoś innego. Zdarza mi się podnieść głos, ale tak reaguję tylko wtedy, gdy robi coś kompletnie bezmyślnie i bezrefleksyjnie. Staram się wpoić mu zastanawianie się nad każdym krokiem: że jak robi coś dzisiaj, to niech myśli dalej. Chciałabym, żeby to rozumiał.

Dlaczego Beata Tadla została dziennikarką? Przeczytaj 1. część wywiadu

 

Porozmawiajmy o początkach godzenia pracy i macierzyństwa. Było ciężko?

Gdybym wróciła z dnia na dzień, byłoby mi dużo ciężej. Ale wracając stopniowo uzyskałam zdrowy balans pomiędzy domem a pracą. W pracy tęsknię za dzieckiem, w domu tęsknię za pracą. Nie mam natury Matki Polki. Nie umiałabym się w 100 % poświęcić domowi, ale też nie umiałabym się w 100 % poświęcić pracy. Myślę, że dziecko, które ma mamę spełnioną zawodowo, jest bardziej szczęśliwe. Gdyby widziało mamę sfrustrowaną, która wyżywa na nim swoje emocje, bo przez dziecko nie może się realizować, odczuwałoby to naprawdę boleśnie.

Zaangażowała się Pani w akcję serwisu mamazone.pl, dotyczącą powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim czy wychowawczym. Czy Pani zdaniem w tej kwestii jest jeszcze dużo do zrobienia?

Akurat w moim środowisku te historie są naprawdę świetnie rozwiązane. Oczywiście wiem, że nie wszędzie jest różowo i że nie każdy pracodawca jest w stanie zapewnić mamie "miękkie lądowanie" po powrocie z macierzyńskiego. Ale w tej kwestii najważniejsza jest uczciwość na linii pracodawca-pracownica. Myślę, że jeżeli będziemy szczerze ze sobą rozmawiać, jeżeli kobieta zaplanuje ciążę, urlop macierzyński, jeśli będziemy uczciwi wobec siebie, to nasza świadomość zmieni się na lepsze.

Pani pierwsza praca po porodzie, program "Klub młodej mamy", emitowany był raz w tygodniu. Wtedy zapewne łatwiej było godzić obowiązki mamy i dziennikarki?

Pewnie. Nie wracałam do pracy z dnia na dzień - mój powrót przebiegał stopniowo. Najpierw wróciłam do lektorowania (bo zanim trafiłam do telewizji dubbingowałam filmy) i wtedy opuszczałam dom na 3 godziny w tygodniu. Potem pojawił się "Klub młodej mamy", więc jeszcze częściej, a potem wróciłam do pracy w radiu na pełen etat i znalazłam opiekunkę.

Program "Klub młodej mamy" prowadziła Pani 2 lata. W Pani karierze to zupełnie nowe doświadczenie. Czym dla Pani było?

Kiedy Jaś się urodził, nie od razu wróciłam do pracy. W tym czasie zadzwoniła do mnie wtedy jeszcze nie przyjaciółka, a dziś już bardzo bliska przyjaciółka -  Malwina - z informacją, że powstaje telewizja TVN Style. Dostałam ofertę poprowadzenia programu "Klub młodej mamy". Pomyślałam sobie, że nie bardzo się w tym widzę, bo zawsze kochałam newsy. Ale pomyślałam też: - Dlaczego nie? Może warto spróbować? Może to będzie moment, w którym nauczę się telewizji? - Bo zawsze chciałam pracować w telewizji. Więc zaczęłam prowadzić "Klub młodej mamy". To też był czas błądzenia po omacku, bo wszyscy, którzy ten program tworzyli, uczyli się na błędach. Ale ja się tam do końca nie widziałam.

Dlaczego?

Byłam wtedy młodą mamą i gdyby nie to, kompletnie nie wiedziałabym, jak się w tej tematyce odnaleźć. Większość z poruszanych tematów dotyczyło mnie bezpośrednio, nie były mi obce. Ale wydawało mi się, że ja się tam trochę duszę. Zajmuję się rzeczami, które są oczywiście bardzo ważne, ale to nie jest mój żywioł. Sądziłam, że nie sprawdzam się tak, jak sprawdzałaby się osoba bardziej zaangażowana. I dlatego wspólnie podjęliśmy decyzję, żeby się pożegnać. W tym czasie pojawiła się oferta z TVN24 i tak już zostało.

Może po prostu brakowało Pani adrenaliny? Program nadawany na żywo na pewno uwalnia inne emocje niż program nagrywany raz w tygodniu?

Pewnie też. Świadomość, że program jest nagrywany daje ogromne poczucie bezpieczeństwa. Można przerwać, powtórzyć. Natomiast program na żywo to po prostu ogromny sprawdzian. Telewizja na żywo to największa szkoła dziennikarstwa. Oprócz tego, że ludzie słuchają, to jeszcze patrzą. Telewizja jest medium okrutnym. Widzowie zwracają uwagę na rzeczy, na które nie chciałabym, żeby zwracali - fryzurę, makijaż czy niedopiętą marynarkę. Wtedy natychmiast dostaję informację zwrotną: - Pani powinna schudnąć, bo nie dopina się pani marynarka. - Albo: - Coś pani niewyspana dzisiaj, takie oczy podkrążone… - W takiej sytuacji trzeba być ponad tym, inaczej człowiek by zwariował.

Pracuje Pani w TVN, w TVN24 - to jest zapewne praca, która się wiąże z dyżurami. Jak w związku z tym udaje się Pani zorganizować opiekę nad synem?

W weekendy, kiedy prowadzę "Fakty", synem opiekuje się mąż - organizują sobie męskie wypady. Zajmują się sobą, bardzo zresztą lubią być razem. W tygodniu, kiedy pracuję w TVN24, pracuję w dyżurach porannych. Dyżur wiąże się z tym, że o 3.40 muszę się obudzić, ale za to wracam z pracy już w południe. Oczywiście muszę się przespać chwilę. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ obowiązków mam tak dużo, że niestety często muszę im sprostać kosztem snu. Mąż zawozi syna do szkoły, ale wtedy to ja odbieram Jasia i zazwyczaj albo idziemy do kina, albo na spacer, albo po prostu jesteśmy w domu, czytamy coś, oglądamy. Jaś z pewnością nie jest dzieckiem zaniedbanym. Życzę wszystkim dzieciom, żeby spędzało tyle czasu z rodzicami, co moje dziecko.

W zeszłym roku opowiedziała Pani o doświadczeniach ciężkiego porodu. To był właściwie wyjątek, bo zazwyczaj Pani o tym nie opowiada.

Wolałabym o tym nie rozmawiać. Zgodziłam się opowiedzieć o tym miesięcznikowi "Pani" tylko dlatego, że akurat okazało się, że mogę być dawcą szpiku. Cały czas czekam na ten zabieg. Na razie nie ma odzewu, nie wiem, co się dzieje z osobą chorą, której mam swój szpik przekazać. Opowiedziałam o tym, bo mam ogromny dług do spłacenia. Sama wiem, jak to jest być jedną nogą po tamtej stronie i wiem, jak to jest, kiedy ksiądz udziela ostatniego namaszczenia. Trudny czas, ciężki. Być może dlatego nie zdecydowałam się na kolejną ciążę. Ze strachu.

Co macierzyństwo w Pani zmieniło?

Przede wszystkim sprawiło, że jestem lepszym człowiekiem. Tak mi się wydaje. Nie myślę tylko o sobie - właściwie jak cokolwiek planuję, to pojawia się najpierw twarz mojego dziecka: - Czy jemu to się spodoba, czy będzie zadowolony, czy będzie chciał w tym uczestniczyć? - Otworzyły mi się różne zapadki w głowie, które przed porodem lub w okresie wytężonej pracy się pozamykały. Nie zauważałam pewnych rzeczy. Nie zauważałam pięknego świata, na który dziecko zwraca większą uwagę. Zadaje milion pytań, zmusza mnie do szukania odpowiedzi - okazuje się, że ja to wszystko wiem, tylko nie pamiętałam o tym na co dzień. Jaś zmusza mnie do częstszego uśmiechu, zmusza mnie do oglądania rzeczy, o których nie pamiętałam, że są ładne, że istnieją. Przeżywanie różnych zjawisk, nawet wspólne oglądanie przyrody, spacery, jest głębszym przeżywaniem niż wtedy, kiedy jest się samemu, bo człowiek się wtedy nie wysila. A z dzieckiem trzeba wspiąć się na wyżyny intelektu - nie dość, że wydobyć z pokładów pamięci wyjaśnienie tych zjawisk, to jeszcze zrobić to tak, żeby dziecko to rozumiało.

A czy czuje się Pani bardziej dziennikarką-mamą czy mamą-dziennikarką?

To trudne pytanie! Zawsze najbardziej mamą, ale czy tu  można postawić znak równości?

Jak najbardziej.

Więc stawiam.

Tematy: praca, ciąża, macierzyństwo, wywiad, Beata Tadla

Komentarze