Czy ADHD jest "sfabrykowaną" dolegliwością?

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

Tak powiedział o niej przed śmiercią oficjalnie znany dziecięcy psychiatra i jednocześnie specjalista od... ADHD. Co właściwie wynika z tej wypowiedzi dla rodziców i dzieci.

ADHD to zaburzenia koncentracji uwagi, impulsywność i nadruchliwość. Fot. Shutterstock
ADHD to zaburzenia koncentracji uwagi, impulsywność i nadruchliwość.

Kilkanaście dni temu zrobiło się głośno o jednej z ostatnich oficjalnych wypowiedzi nieżyjącego już dziecięcego psychiatry Leona Eiseberga, w której nazwał ADHD sfabrykowaną dolegliwością i zasugerował, że przemysł farmaceutyczny miał duży wpływ na "powstanie" tej choroby. Eisenberg był jednym z największych autorytetów jeśli chodzi o ADHD i to między innymi on przyczynił się do wpisania tego zespołu do rejestru zaburzeń. Dlatego jego wypowiedź budzi takie zaskoczenie. Właściwie co z niej tak naprawdę dla nas rodziców wynika? O komentarz poprosiliśmy psycholog i psychoterapeutkę Małgorzatę Rymaszewską, prowadzącą gabinet Rodzice i Dzieci

Z moich obserwacji jednoznacznie wynika, że jest pewna grupa dzieci, którym, z uwagi na uwarunkowania genetyczne, trudniej skupić uwagę, powstrzymać się od natychmiastowych reakcji i usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Czy nazwać to ADHD czy temperamentem? Ja w swojej pracy klinicznej tego nie rozdzielam.

O ADHD mówimy bowiem wtedy, gdy od wczesnych lat życia, w co najmniej dwóch różnych środowiskach, czyli np. w przedszkolu i w domu, obserwujemy u dziecka zaburzenia koncentracji uwagi, impulsywność i nadruchliwość.

Natomiast na temperament składa się, według znanych badaczy Thomasa i Chessa, 9 cech: poziom aktywności, regularność, reakcja na nowe bodźce, adaptacyjność, intensywność reakcji, rodzaj i poziom nastroju, podatność na czynniki rozpraszające, zdolność do skupienia uwagi i wytrwałość w działaniu oraz poziom wrażliwości na bodźce. Cechy te są wrodzone i jak łatwo zauważyć znajdują odzwierciedlenie w objawach ADHD. Na przykład duża intensywność reakcji (cecha temperamentu) znajdzie odzwierciedlenie w impulsywności (objaw ADHD). Z kolei wysoki poziom aktywności (cecha temperamentu) może bezpośrednio wpłynąć na to, że dziecko jest nadruchliwe.

W mojej opinii nie ma więc większego znaczenia, czy objawy ADHD nazwiemy zaburzeniem czy "żywym temperamentem" - zmiana nazwy nie spowoduje, że problemy dzieci znikną. Dlatego uważam, że jeśli mamy sprawdzone leki i metody terapeutyczne, które przynoszą ulgę w codziennym funkcjonowaniu, to warto z nich korzystać. Oczywiście trzeba odróżnić dzieci, u których problemy mają podłoże genetyczne, od tych, u których nadpobudliwość psychoruchowa czy niezdolność do skupienia uwagi jest wynikiem przeżywanego niepokoju  z powodu n.p. napiętej atmosfery w domu i od tych, które po prostu nie są nauczone tzw. odraczania gratyfikacji (czekania na swoją kolej, nie przerywania, gdy inni mówią itp.), czyli po prostu dzieci zaniedbanych wychowawczo.

Wprawdzie w Polsce nie ma tak dużego problemu jak w USA, gdzie ADHD jest diagnozowane zbyt często i zbyt często leczone farmakologicznie, ale u nas też zdarzają się diagnozy na wyrost i zbyt pochopnie przepisywane są leki, więc z pewnością słowa prof. Leona Eisenberga powinny nas skłonić do refleksji.

A co by się stało, gdyby ADHD przestało być uznawane za zaburzenie? Myślę, że to utrudniłoby trochę życie nauczycielom (teraz dziecko trafia do klasy integracyjnej, gdzie jest dodatkowy nauczyciel wspomagający) i rodzicom (czasem nie zawsze czują się odpowiedzialni za wychowanie "bo to przecież ADHD"). A jeśli chodzi o dzieci to z jednej strony mogłyby na tym skorzystać, gdyby rodzice poczuli się bardziej odpowiedzialni i skłonni do szukania pomocy i nowych rozwiązań u specjalistów, a z drugiej stracić, jeśli nie dostałyby wystarczającego wsparcia m.in. w placówce edukacyjnej.

 

 

Tematy: ADHD, nadpobudliwość, impulsywność

Komentarze