Przewodnik po antykoncepcji naturalnej

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

Naturalne metody planowania rodziny nie mają dobrej prasy. W dobie antykoncepcji hormonalnej ktoś, kto rezygnuje z pigułki, plastrów czy choćby prezerwatywy, postrzegany bywa jako osoba zacofana lub nieuświadomiona.

Tuż przed jajeczkowaniem temperatura ciała nieznacznie się obniża.
Tuż przed jajeczkowaniem temperatura ciała nieznacznie się obniża.

Po sieci krążą dowcipy o "watykańskiej ruletce" i "dzieciach z kalendarzyka". Tymczasem stosowanie antykoncepcji naturalnej nie musi być wcale dowodem braku wiedzy. Ani też - wbrew pozorom - najkrótszą drogą do "wpadki".

Międzynarodowa Organizacja Zdrowia (WHO) nie zalicza naturalnych metod planowania rodziny do antykoncepcji sensu stricto. Główną zasadę stanowi tu bowiem nie zabezpieczenie mechaniczne lub farmakologiczne, lecz powstrzymywanie się od współżycia podczas dni płodnych. Naturalnych metod antykoncepcji jest kilka. Najlepsze rezultaty daje zastosowanie przynajmniej dwóch jednocześnie - znacznie rośnie wówczas ich skuteczność.

 

Metody

Metoda kalendarzowa (Ogino i Knausa), zwana "kalendarzykiem małżeńskim", polega na wyliczeniu dni płodnych i niepłodnych na podstawie długości cyklu miesiączkowego kobiety. Cykl liczymy od pierwszego dnia menstruacji do ostatniego dnia przed kolejnym krwawieniem. Może on trwać od 23 do 31 dni (jeśli jednak nie miesiączkujemy regularnie, nie należy w ogóle myśleć o tej metodzie). Przy przeciętnym, trwającym 28 dni cyklu, jajeczkowanie następuje około 14. dnia. Dni płodne przypadają średnio między dniem 10. a 18. i wtedy właśnie należy powstrzymać się od współżycia (lub - jeśli stosujemy metodę "połowicznie naturalną" - zastosować dodatkowe zabezpieczenie - np. prezerwatywę). Kiedyś stosowanie kalendarzyka wymagało prowadzenia skrupulatnych zapisków, dziś wystarczy pamiętać datę pierwszego dnia krwawienia. W Internecie bowiem dostępnych jest wiele prostych kalkulatorów, które - po wprowadzeniu daty i zaznaczeniu przeciętnej długości cyklu - dokonają obliczeń za nas.

Należy jednak pamiętać, że sama matematyka nie wystarczy - metoda kalendarzowa, niepoparta uważną obserwacją własnego ciała, bywa wyjątkowo nieskuteczna. Warto pamiętać, że często bardzo drobne czynniki - jak zarwana noc, wyjazd czy choroba - mogą przesunąć moment jajeczkowania.

Dobrym uzupełnieniem może być metoda objawowa Billingsów, polegająca na obserwacji śluzu szyjkowego. Śluz w pochwie zmienia się zależnie od momentu cyklu. Tuż po miesiączce niemal nie występuje. Jest to tzw. okres "prawdopodobnie niepłodny" - prawdopodobnie, bo przy bardzo krótkim (np. 23-dniowym) cyklu i biorąc pod uwagę, że plemniki w ciele kobiety mogą przeżyć do 72 godzin, nie ma stuprocentowej pewności, że - np. w razie przyspieszonej owulacji - nie dojdzie do ciąży. Śluz owulacyjny - obfitszy, przejrzysty i rozciągliwy, o konsystencji białka kurzego - to znak, że wkroczyłyśmy w najpłodniejszą fazę cyklu. Tuż po jajeczkowaniu śluz staje się gęsty i matowy, "kłaczkowaty" - to okres niepłodności całkowitej, która potrwa do pierwszych dni miesiączki. Menstruacja to również okres niepłodności względnej - kobiety o szczególnie krótkim cyklu i krótkiej (np. 3-dniowej) miesiączce powinny być więc ostrożne.

Kolejnym sposobem na obserwację własnego ciała jest metoda termiczna (często łączona z objawową). Tuż przed jajeczkowaniem temperatura ciała nieznacznie się obniża, natomiast w pierwszym dniu owulacji może podskoczyć o około pół stopnia C. Metoda termiczna jest dość uciążliwa - temperaturę (w pochwie lub pod językiem) trzeba bowiem mierzyć codziennie, tuż po przebudzeniu i bez wstawania z łóżka, po co najmniej 6-7 godzinach snu). Niewiele kobiet prowadzi na tyle regularny tryb życia, żeby z powodzeniem korzystać z tej metody. W dodatku w miarę wiarygodne wyniki można uzyskać dopiero po rocznym treningu.

Bez skutków ubocznych

Wydaje się, że naturalne metody są więc dość skomplikowane i uciążliwe, w dodatku uchodzą za niezbyt skuteczne. Na rynku dostępne są wprawdzie tzw. "komputery cyklu" - elektroniczne urządzenia, zdolne określić płodność kobiety w danym momencie z niemal stuprocentową pewnością. Taki komputer to jednak wydatek rzędu 2-3 tys. złotych.

Wśród zalet antykoncepcji naturalnej wymienia się przede wszystkim zerowe koszta i brak skutków ubocznych. Dla osób wierzących ma z kolei znaczenie fakt, że to - jak dotąd - jedyna forma kontroli urodzeń, której stosowanie jest dozwolone przez Kościół Katolicki. Jednak wybór takiej formy antykoncepcji nie musi wcale wynikać z pobudek religijnych. Zdarza się (choć rzadko), że dana para nie może stosować innego rodzaju zabezpieczenia. Na przykład wówczas, gdy kobieta z powodów zdrowotnych lub innych nie powinna zażywać pigułek (przeciwwskazanie stanowi m.in. zawodowe uprawianie sportu, bo zawarte w pigułkach hormony bywają uznawane za środki dopingujące). Jeśli z kolei jej partner jest uczulony na lateks lub substancje zawarte w środkach plemnikobójczych, ich możliwości wyboru stają się ograniczone. Bywa jednak i tak, że dana para decyduje się na antykoncepcję naturalną świadomie, nie ze względu na brak innych możliwości czy zakazy i nakazy religijne.

Zwolennicy antykoncepcji naturalnej podkreślają, że - jak żadna inna metoda - pozwala ona kobiecie poznać swoje ciało, jego rytm i sposób funkcjonowania. Większość kobiet stosujących antykoncepcję hormonalną lub metody mechaniczno-chemiczne nie ma takiej szansy - pigułka lub prezerwatywa "załatwiają" wszystko.

Przypadek Marty, czyli świadomość ciała

Marta jest wegetarianką, od kilku lat ćwiczy jogę. Interesuje się filozofią Wschodu i medycyną naturalną. Stara się żyć w zgodzie z naturą. Nie pije kawy, nie pali i unika leków. "Kiedy boli mnie głowa, wolę iść na spacer albo poprosić mojego chłopaka o masaż. Nie przepadam za chemią, leki biorę tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma innego wyjścia."

Antykoncepcja hormonalna od początku wydawała jej się rozwiązaniem nie do przyjęcia. "Kiedyś przez rok brałam pigułki i czułam się fatalnie. Cały czas byłam poirytowana i spuchnięta jak przed okresem, brakowało mi energii."

Zamiana jednych pigułek na inne nie pomogła… "Pewnie dlatego, że formalnie nic mi nie dolegało. To były przede wszystkim odczucia psychiczne - nie mogłam określić, w jakim momencie cyklu jestem, czułam się odcięta od własnego ciała, "nieczynna" jako kobieta."

Jak przyznaje Marta, stosowaną przez nią dziś antykoncepcję trudno uznać za całkowicie "naturalną" - to raczej metoda mieszana, łącząca "kalendarzyk", metodę objawową i środki mechaniczne. W dni płodne - czyli mniej więcej sześć dni w miesiącu - Marta i jej chłopak używają prezerwatywy. "Mam to szczęście, że jajeczkowania nie da się u mnie przegapić, boli mnie wtedy prawie tak samo jak przy okresie. Na szczęście krócej" - śmieje się Marta.

Dlaczego nie zdecydowała się na używanie prezerwatywy zawsze? "Nie przepadam za nią, mój chłopak też nie. Myśl, żeby psuć sobie przyjemność z bliskości i zakładać gumkę na przykład trzy dni przed miesiączką - kiedy całe ciało daje jasne sygnały, że nie jestem już płodna - wydaje mi się co najmniej głupia. Poza tym, jesteśmy z Rafałem w na tyle komfortowej sytuacji, że dziecko nie byłoby dla nas tragedią. Jak się zdarzy, to będzie i tyle. Ale jak na razie - już od czterech lat - nasza metoda się sprawdza."

 

Nie dla każdego

To fakt - antykoncepcja naturalna (lub "półnaturalna") nie jest dla wszystkich. Z całą pewnością nie jest to dobra metoda dla kobiet bardzo młodych - żeby z powodzeniem stosować "kalendarzyk", trzeba mieć regularne cykle miesiączkowe i - tak jak Marta - dobrze znać swoje ciało, umieć odczytywać wysyłane przez nie sygnały. To także metoda wyłącznie dla par, najlepiej o dłuższym stażu. Po pierwsze, oczywiście dlatego, że antykoncepcja naturalna (tak jak hormonalna i chemiczna) nie daje żadnego zabezpieczenia przed chorobami przenoszonymi drogą płciową. Po drugie - wymaga współpracy i zrozumienia ze strony partnera, który (jeśli para nie zabezpiecza się dodatkowo podczas owulacji) musi zrozumieć i uszanować fakt, że w dni płodne seksu nie będzie. (Ogromna liczba ciąż, do których doszło pomimo stosowania metod naturalnych, to nie tyle konsekwencja pomyłki w obliczeniach czy przesunięcia momentu owulacji, ile raczej efekt braku silnej woli).

Ważna jest także - jak widać na przykładzie Marty - zgoda na fakt, że ciąża mimo wszystko może się przydarzyć. Osoby, dla których narodziny dziecka byłyby tragedią, w żadnym razie nie powinny stosować metod naturalnych - lęk przed niechcianą ciążą mógłby zabić całą przyjemność z seksu.

Tematy: antykoncepcja, antykoncepcja naturalna, zapłodnienie, metoda kalendarzykowa, kalendarzyk małżeński, metoda termiczna, owulacja, dni płodne

Komentarze