Jak internet zmienia miłość

Ocena: 5.00/5 Głosów: 1
Ta treść była już przez Ciebie oceniana!

Internet to dziwne miejsce. Zdrada jest "light", jak jogurt beztłuszczowy, bigamia - oczywista jak grawitacja. Wielką namiętność kończy się lub rozpoczyna jednym kliknięciem. Słowo nie zawsze staje się ciałem. A jeżeli nawet się staje, okazuje się, że nie o takie ciało chodziło.

Oszałamia nas internetowe bogactwo możliwości - czujemy się jak w sklepie z totalną wyprzedażą.
Oszałamia nas internetowe bogactwo możliwości - czujemy się jak w sklepie z totalną wyprzedażą.

Nawet topowa piosenkarka Kasia Cerekwica rozczarowała się jakiś czas temu do miłości z internetu. "Rozstaliśmy się po przyjacielsku, nie żywimy do siebie urazy" - zapewnia Kasia.

Poznali się pięć lat temu w sieci, spotkali po pół roku internetowych randek. Zamieszkali w Polsce i planowali ślub. Nie wyszło. Czy dlatego, że poznali się w sieci? Oczywiście, że nie. Ale wirtual niewątpliwie zmienił naszą miłość. W co?

Pokazywanie i okłamywanie

Sieć to świetne pole do popisu dla ekspresjonistów, żeby nie powiedzieć ekshibicjonistów. Na MySpace czy Facebook jest wiele możliwości zademonstrowania swojego "ja" - od zdjęć z ostatniej imprezy po fotki mniej lub bardziej rozebrane (przerobione wcześniej w fotoszopie). Jeżeli do tego dochodzą galerie niezliczonych przyjaciół, których poznaliśmy i z którymi możemy się rozstać przy pomocy zdawkowego kliknięcia, sukces sieciowo-towarzysko-erotyczny murowany.

Kamil Henne, psycholog zajmujący się internetem ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, uważa, że w sieci kreujemy się zgodnie z odczuciami na swój temat.

"W internecie można być punkiem z pomarańczowym irokezem, chociaż w rzeczywistości jest się dyrektorem zarządu" - mówi Kamil Henne. Może dlatego niektóre kobiety eksplodują w sieci nieskrępowanym seksapilem, ukrywanym na co dzień pod workowatym swetrem?

"Pokazywana przez nas intymność nabiera wartości wraz ze wzrastającą liczbą osób, która ją ogląda. Nie oglądana - nie liczy się" - dodaje francuski psychoanalityk Serge Tisseron. Tym samym uzależniamy zdanie na swój temat od opinii innych. Paradoksalnie, bardzo silnie ujawnianie siebie jest sposobem na chronienie swojej intymności. Chmurą dymu papierosowego odgradzamy się od odbiorcy, zasłaniając swoje prawdziwe "ja". Co chcemy w ten sposób osiągnąć? Ta nieokreśloność daje nam poczucie bezpieczeństwa, możemy się czuć w niej swobodnie i przemieniać, w kogo chcemy.

Czyli kłamać. O wszystkim. O swoim wieku (dynamiczny na fotografii 40-letni muzyk filharmonii może być w realu zaniedbanym 60-latkiem), o wyglądzie, a przede wszystkim o tym, czy jesteśmy w związku czy nie. Wszystko po to, żeby zaprezentować się jak perfekcyjny produkt szukający innego produktu bez zarzutu. Tak jakbyśmy nie wiedzieli, że taki twór nie istnieje. Poza tym i tak zawsze lokujemy uczucia w kimś, kogo zupełnie nie braliśmy pod uwagę.

Obywanie się bez ciała

Widok zakochanych siedzących na ławce i spijających sobie z ust pierwsze słowa miłości i tulących się do siebie, odchodzi w niepamięć.

Internet zaprzeczył romansowym zachowaniom człowieka, którymi od wieków był najpierw kontakt "oka z ciałem", "oka z okiem" i "głosu z głosem" (opisał je Desmond Morris, ewolucjonista, w książce "Naga małpa"). Do momentu pierwszych miłosnych czatów w ten sposób zaczynała się każda miłość. W sieci świetnie radzimy sobie bez ciał. Najpierw słowa, dużo słów, czasami nawet za dużo. "Oddzielamy tekst od kontekstu. Najpierw mówimy sobie wszystko, a potem - patrzymy w swoje oczy. I coś tu nie gra, ciało jest spóźnione w stosunku do głowy" - ostrzega psychoterapeuta Serge Tisseron. Randki miłosne XXI wieku cierpią na schizofrenię, bo przebiegają w dwóch czasach: wirtualnym - nieskończenie długim, dowolnym - i  realnym - niekiedy tygodnie, a czasami miesiące, odurzeni naporem słów, w końcu decydujemy się na TO spotkanie. Dopasowanie słów do ciała nigdy nie przebiega bezboleśnie, zwykle okazuje się, że te dwie części nie są kompatybilne. Tym bardziej, że jak pisze Aaron Ben-Zeev w "Miłości w sieci" naszych partnerów internetowych uważamy zwykle za inteligentniejszych niż są. Dlaczego? Bo kontakt on-line jest kontraktem mózgu z mózgiem.

Poczucie wolności i drżenie

"Internet to kolejny klub, dyskoteka, kawiarnia" - uważa Kamil Henne. I tak jak możemy wybierać miejsca dobrej zabawy i picia kawy, tak też jest ze związkami w sieci. Oszałamia nas liczba możliwości wyboru i kombinacji - czujemy się jak w sklepie z totalną wyprzedażą - na co się zdecydować? Szybciej nudzimy się tym, co mamy, bo nie potrzebujemy zbyt dużo czasu na upolowanie zdobyczy. Zaangażować i  "odangażować" możemy jednym kliknięciem. Po wielkiej nieśmiertelnej miłości nie pozostaje nic. Poprzez kliknięcie potrafimy też wrócić z niebytu - nawiązać kontakt po długiej absencji. I wszystko to uchodzi płazem. Bywamy z kimś, ale na serio z nim nie jesteśmy. "Jak mali chłopcy lub dziewczynki mówiące: "Ożenię się z tobą na całe życie, a potem - wezmę rozwód jak mój tato/moja mama".

Czyli - wierzymy w wieczną miłość pod warunkiem, że nie potrwa ona długo. "Oto moja nieśmiertelna trzyletnia miłość", kpi sobie Serge Tisseron. Ale to, zdaniem Kamila Henne, trochę bardziej niebezpieczna tendencja. "Jeżeli to zarzucanie sieci będzie jedynym sposobem na nawiązywanie znajomości, można się będzie oduczyć rozpoznawania tego, co jest prawdziwym uczuciem, a co przelotną fascynacją" - uważa psycholog.

No bo jak odczytać swoje emocje, skoro drżymy na dźwięk sygnału nadchodzącego maila lub wiadomości na gadu, czując przyspieszone bicie serca. Nie słyszymy głosu, nie czujemy ciepła ciała adorowanej osoby, a jednak mamy wszelkie oznaki zakochania. Bo stechnologizowana sieć wcale nie jest "zimna". Wibruje emocjami jak najbardziej ognisty romans. Ponieważ bez spoglądania w twarz kochanej osoby można powiedzieć wszystko, skala emocji czasami przestaje mieć skalę. Doprawdy, gdyby kable i przewody scalone mogły… rumieniłyby się ze wstydu.

Niedaleko leży miłość od nienawiści. Także w wirtualu!

Nie ma bardziej wymarzonego miejsca na załatanie poranionej dumy i załatwienie miłosnych porachunków. Zaglądając do sieci i portali randkowych ma się nieodparte wrażenie, że młodzi mężczyźni zatracili pojęcie honoru. Były partner Paris Hilton i Britney Spears dzieli się z milionami podglądaczy intymnymi szczegółami swojego romansu. Pete Doherty nie ma nic przeciwko temu, żeby erotyczne zdjęcia jego i Kate Moss krążyły po sieci. "Czy to zwykła rozwiązłość czy przykład totalnego braku szacunku" - zastanawiają się psychologowie.

"To nawet nie jest zaprzeczenie pruderii, tylko nowa koncepcja intymności - wyjaśnia Serge Tisseron. Nic dziwnego, tak działa pokolenie wychowane w kulturze obrazkowej. Przyzwyczajone do obcowania z różnego rodzaju fotografiami, robionymi sobie i swoim znajomym. Zdjęcia, które można wyretuszować, zafałszować. Otoczeni fotografiami paparazzi, pokazującymi krwawe konflikty i pornografię". To może znieczulać. 

Zatracenie znaczeń

Znieczula też kolekcjonowanie, które coraz częściej zdarza się w wirtualnym świecie. Celem staje się samo nawiązywanie relacji, a nie ich pogłębianie i rozwijanie. Amerykański socjolog Paul Levinson twierdzi, że w  internecie nie da się zjeść dobrej kolacji i spłodzić potomka. Ale czy da się zdradzić? Czy spędzanie nocy przed klawiaturą komputera na rozmowach z nieznajomą(-ym) to najzwyklejsza wiarołomność czy może tylko zdrada "light"? Co zrobić z wirtualną bigamią mającą sporo zwolenników w USA?

Internauci "biorą ślub" z nieznajomymi w sieci bez wiedzy swoich współmałżonków. Wprawdzie znajomość nie zostanie najpewniej skonsumowana, a więc czy jest to pretekst do rozwodu czy nie?

Naprawdę można się w tym pogubić. Nawet zaprawieni w miłosnych bojach Francuzi zatracili się w gąszczu wirtualnych możliwości. Z nostalgią odwołują się do "Niebezpiecznych związków", w których intrygi hrabiego de Valmont były dziecinnie śmieszne z tymi, które każdego dnia odbywają się w sieci. Nie mówiąc już o regułach miłosnych z XVII wiecznej "Carte de Tendre"

(Mapy Czułości). Ta klasyczna geografia życia miłosnego mówiła wprost: aby dojść do miasta Czułość, należało pokonać rzekę skłonności i jej dopływy: szacunek i wdzięczność. Odwiedzenie nowej miłości wymagało przejścia przez polanę wielkoduszności obok jeziora obojętności. Można się też było utopić w morzu namiętności.

Dzisiaj mapę czułości przecięła sieć szerokich autostrad i ulic. Szkoda, że nie ma przy nich drogowskazów...

 

Tematy: internet

Komentarze