Beata Tadla opowiada o macierzyństwie
Anita Anders
- Macierzyństwo sprawiło, że jestem lepszym człowiekiem - rozmowa z dziennikarką Beatą Tadlą
Anita Anders: Jaką jest Pani mamą? Wyrozumiałą czy
wymagającą?
Beata Tadla: I taką, i taką. Myślę, że jedno
drugiego nie wyklucza. Cieszę się, że udało nam się wypracować taki
nasz wspólny język. Syn przychodzi do mnie ze wszystkim, niczego
się nie boi, wie, że nawet jeżeli zrobi coś paskudnego, zawsze
możemy o tym porozmawiać. Wolę, żeby przyznał się sam, niż żebym
dowiadywała się od kogoś innego. Zdarza mi się podnieść głos, ale
tak reaguję tylko wtedy, gdy robi coś kompletnie bezmyślnie i
bezrefleksyjnie. Staram się wpoić mu zastanawianie się nad każdym
krokiem: że jak robi coś dzisiaj, to niech myśli dalej. Chciałabym,
żeby to rozumiał.
Dlaczego Beata Tadla została dziennikarką? Przeczytaj
1. część wywiadu
Porozmawiajmy o początkach godzenia pracy i
macierzyństwa. Było ciężko?
Gdybym wróciła z dnia na dzień, byłoby mi dużo ciężej. Ale
wracając stopniowo uzyskałam zdrowy balans pomiędzy domem a pracą.
W pracy tęsknię za dzieckiem, w domu tęsknię za pracą. Nie mam
natury Matki Polki. Nie umiałabym się w 100 % poświęcić domowi, ale
też nie umiałabym się w 100 % poświęcić pracy. Myślę, że dziecko,
które ma mamę spełnioną zawodowo, jest bardziej szczęśliwe. Gdyby
widziało mamę sfrustrowaną, która wyżywa na nim swoje emocje, bo
przez dziecko nie może się realizować, odczuwałoby to naprawdę
boleśnie.
Zaangażowała się Pani w akcję serwisu mamazone.pl,
dotyczącą powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim czy
wychowawczym. Czy Pani zdaniem w tej kwestii jest jeszcze dużo do
zrobienia?
Akurat w moim środowisku te historie są naprawdę świetnie
rozwiązane. Oczywiście wiem, że nie wszędzie jest różowo i że nie
każdy pracodawca jest w stanie zapewnić mamie "miękkie lądowanie"
po powrocie z macierzyńskiego. Ale w tej kwestii najważniejsza jest
uczciwość na linii pracodawca-pracownica. Myślę, że jeżeli będziemy
szczerze ze sobą rozmawiać, jeżeli kobieta zaplanuje ciążę, urlop
macierzyński, jeśli będziemy uczciwi wobec siebie, to nasza
świadomość zmieni się na lepsze.
Pani pierwsza praca po porodzie, program "Klub młodej
mamy", emitowany był raz w tygodniu. Wtedy zapewne łatwiej było
godzić obowiązki mamy i dziennikarki?
Pewnie. Nie wracałam do pracy z dnia na dzień - mój powrót
przebiegał stopniowo. Najpierw wróciłam do lektorowania (bo zanim
trafiłam do telewizji dubbingowałam filmy) i wtedy opuszczałam dom
na 3 godziny w tygodniu. Potem pojawił się "Klub młodej mamy", więc
jeszcze częściej, a potem wróciłam do pracy w radiu na pełen etat i
znalazłam opiekunkę.
Program "Klub młodej mamy" prowadziła Pani 2 lata. W
Pani karierze to zupełnie nowe doświadczenie. Czym dla Pani
było?
Kiedy Jaś się urodził, nie od razu wróciłam do pracy. W tym
czasie zadzwoniła do mnie wtedy jeszcze nie przyjaciółka, a dziś
już bardzo bliska przyjaciółka - Malwina - z informacją, że
powstaje telewizja TVN Style. Dostałam ofertę poprowadzenia
programu "Klub młodej mamy". Pomyślałam sobie, że nie bardzo się w
tym widzę, bo zawsze kochałam newsy. Ale pomyślałam też: -
Dlaczego nie? Może warto spróbować? Może to będzie moment, w
którym nauczę się telewizji? - Bo zawsze chciałam pracować w
telewizji. Więc zaczęłam prowadzić "Klub młodej mamy". To też był
czas błądzenia po omacku, bo wszyscy, którzy ten program tworzyli,
uczyli się na błędach. Ale ja się tam do końca nie widziałam.
Dlaczego?
Byłam wtedy młodą mamą i gdyby nie to, kompletnie nie
wiedziałabym, jak się w tej tematyce odnaleźć. Większość z
poruszanych tematów dotyczyło mnie bezpośrednio, nie były mi obce.
Ale wydawało mi się, że ja się tam trochę duszę. Zajmuję się
rzeczami, które są oczywiście bardzo ważne, ale to nie jest mój
żywioł. Sądziłam, że nie sprawdzam się tak, jak sprawdzałaby się
osoba bardziej zaangażowana. I dlatego wspólnie podjęliśmy decyzję,
żeby się pożegnać. W tym czasie pojawiła się oferta z TVN24 i tak
już zostało.
Może po prostu brakowało Pani adrenaliny? Program
nadawany na żywo na pewno uwalnia inne emocje niż program nagrywany
raz w tygodniu?
Pewnie też. Świadomość, że program jest nagrywany daje ogromne
poczucie bezpieczeństwa. Można przerwać, powtórzyć. Natomiast
program na żywo to po prostu ogromny sprawdzian. Telewizja na żywo
to największa szkoła dziennikarstwa. Oprócz tego, że ludzie
słuchają, to jeszcze patrzą. Telewizja jest medium okrutnym.
Widzowie zwracają uwagę na rzeczy, na które nie chciałabym, żeby
zwracali - fryzurę, makijaż czy niedopiętą marynarkę. Wtedy
natychmiast dostaję informację zwrotną: - Pani powinna
schudnąć, bo nie dopina się pani marynarka. - Albo: - Coś
pani niewyspana dzisiaj, takie oczy podkrążone… - W takiej
sytuacji trzeba być ponad tym, inaczej człowiek by zwariował.
Pracuje Pani w TVN, w TVN24 - to jest zapewne praca,
która się wiąże z dyżurami. Jak w związku z tym udaje się Pani
zorganizować opiekę nad synem?
W weekendy, kiedy prowadzę "Fakty", synem opiekuje się mąż -
organizują sobie męskie wypady. Zajmują się sobą, bardzo zresztą
lubią być razem. W tygodniu, kiedy pracuję w TVN24, pracuję w
dyżurach porannych. Dyżur wiąże się z tym, że o 3.40 muszę się
obudzić, ale za to wracam z pracy już w południe. Oczywiście muszę
się przespać chwilę. Nie zawsze mi się to udaje, ponieważ
obowiązków mam tak dużo, że niestety często muszę im sprostać
kosztem snu. Mąż zawozi syna do szkoły, ale wtedy to ja odbieram
Jasia i zazwyczaj albo idziemy do kina, albo na spacer, albo po
prostu jesteśmy w domu, czytamy coś, oglądamy. Jaś z pewnością nie
jest dzieckiem zaniedbanym. Życzę wszystkim dzieciom, żeby spędzało
tyle czasu z rodzicami, co moje dziecko.
W zeszłym roku opowiedziała Pani o doświadczeniach
ciężkiego porodu. To był właściwie wyjątek, bo zazwyczaj Pani o tym
nie opowiada.
Wolałabym o tym nie rozmawiać. Zgodziłam się opowiedzieć o tym
miesięcznikowi "Pani" tylko dlatego, że akurat okazało się, że mogę
być dawcą szpiku. Cały czas czekam na ten zabieg. Na razie nie ma
odzewu, nie wiem, co się dzieje z osobą chorą, której mam swój
szpik przekazać. Opowiedziałam o tym, bo mam ogromny dług do
spłacenia. Sama wiem, jak to jest być jedną nogą po tamtej stronie
i wiem, jak to jest, kiedy ksiądz udziela ostatniego namaszczenia.
Trudny czas, ciężki. Być może dlatego nie zdecydowałam się na
kolejną ciążę. Ze strachu.
Co macierzyństwo w Pani zmieniło?
Przede wszystkim sprawiło, że jestem lepszym człowiekiem. Tak mi
się wydaje. Nie myślę tylko o sobie - właściwie jak cokolwiek
planuję, to pojawia się najpierw twarz mojego dziecka: - Czy
jemu to się spodoba, czy będzie zadowolony, czy będzie chciał w tym
uczestniczyć? - Otworzyły mi się różne zapadki w głowie, które
przed porodem lub w okresie wytężonej pracy się pozamykały. Nie
zauważałam pewnych rzeczy. Nie zauważałam pięknego świata, na który
dziecko zwraca większą uwagę. Zadaje milion pytań, zmusza mnie do
szukania odpowiedzi - okazuje się, że ja to wszystko wiem, tylko
nie pamiętałam o tym na co dzień. Jaś zmusza mnie do częstszego
uśmiechu, zmusza mnie do oglądania rzeczy, o których nie
pamiętałam, że są ładne, że istnieją. Przeżywanie różnych zjawisk,
nawet wspólne oglądanie przyrody, spacery, jest głębszym
przeżywaniem niż wtedy, kiedy jest się samemu, bo człowiek się
wtedy nie wysila. A z dzieckiem trzeba wspiąć się na wyżyny
intelektu - nie dość, że wydobyć z pokładów pamięci wyjaśnienie
tych zjawisk, to jeszcze zrobić to tak, żeby dziecko to
rozumiało.
A czy czuje się Pani bardziej dziennikarką-mamą czy
mamą-dziennikarką?
To trudne pytanie! Zawsze najbardziej mamą, ale czy tu
można postawić znak równości?
Jak najbardziej.
Więc stawiam.
Artykuł został wydrukowany z serwisu www.mamazone.pl.