Beata Tadla o równowadze pomiędzy życiem zawodowym i osobistym
Anita Anders
- Tęsknota za domem, kiedy jestem w pracy i za pracą, kiedy jestem w domu, to chyba istota spełnienia – wywiad z dziennikarką Beatą Tadlą
Anita Anders: Czy tyle pracując i odnosząc takie
sukcesy, czuje się pani spełniona zawodowo?
Beata Tadla: Bez przesady z tymi sukcesami…
Nigdy nie chciałabym stanąć przed ścianą i pomyśleć, że nic mnie
już w życiu nie czeka. Na tym etapie czuję się mega szczęśliwą
osobą. Robię to, co lubię. Nie wyobrażam sobie życia bez pracy i
nie wyobrażam sobie życia bez mojej sytuacji rodzinnej. W telewizji
zaczęłam pracę już po 30. - nie miałam jakiegoś wielkiego parcia,
że muszę być na szczycie. Wystarczyło mi i nadal wystarcza to, co
mam. Ta tęsknota za domem, kiedy jestem w pracy i za pracą, kiedy
jestem w domu, to jest chyba istota spełnienia. W domu dobrze, w
pracy dobrze i nie chcę, żeby to się zmieniało. Wystarczy, żeby
było tak, jak jest.
Sprawdź, co Beata Tadla opowiada o macierzyństwie i
pracy dziennikarki
Pani mąż jest szefem informacji w stacji Polsat News.
Dwoje dziennikarzy pod jednym dachem. Czy zdarza się, że w domu
czuje się Pani tak, jakby nie wychodziła z pracy?
Nie, kompletnie. Wszyscy sobie myślą, że przychodzimy do domu i
dalej rozmawiamy o pracy. A my w domu rozmawiamy o tym, gdzie
pojechać na wakacje, jak zaplanować weekend, kogo zaprosić, jakie
książki przeczytać. Mnóstwo planujemy, mamy wiele bieżących spraw.
Jesteśmy ludźmi bardzo rodzinnymi, więc staramy się każdy, nawet
najdrobniejszy moment, spędzać razem i wykorzystać go maksymalnie.
To są rzadkie chwile i dlatego musimy je celebrować.
A czy zdarzają się jakieś różnice zdań na temat tego, co
się dzieje w Polsce i na świecie, na temat interpretacji bieżących
wydarzeń?
Oczywiście, że tak. Potrafimy siedzieć do 3 w nocy, pijąc wino i
rozmawiając o rzeczach absolutnie fundamentalnych. Całkiem niedawno
mieliśmy gościa z zagranicy, który mocno się zdziwił, że ludzie w
małżeństwie nie rozmawiają tylko o nowych komórkach i samochodach -
tak jak to w tym kraju, z którego ta osoba przyjechała, się dzieje
- tylko rozważają scenariusze polityczne, kreślą jakieś plany, w
które wplecione są wydarzenia związane z krajem. Że są małżeństwa,
które rozmawiają o tym, jakie muzeum odwiedzić, kiedy planują
podróż. Dla tej osoby było to absolutnie niewiarygodne, że tematami
rozmów dwojga ludzi żyjących pod jednym dachem może być przyszłość
kraju czy też bieżąca polityka.
Macie jakieś wspólne, rodzinne pasje?
Podróże. Staramy się wyjeżdżać kiedy to tylko jest możliwe.
Jeśli nie na dłużej, to chociażby na weekendy. Nasze dziecko ma
zaszczepioną taką ciekawość doświadczania. Dla niego doświadczanie,
dotykanie, przeżywanie jest dużo ważniejsze niż posiadanie.
Absolutnie nie jest dzieckiem, które wymaga od nas rzeczy. Nigdy
nie wymagał zabawek, nigdy nie robił awantur w sklepie. Jaś bardzo
lubi dotykać świat, czy to jest świat zamknięty w wystawie
muzealnej, czy świat w czasie wycieczki czy świat w kinie. On po
prostu ten świat chłonie całym sobą. Potem bardzo przeżywa to, co
zobaczył. Do tego stopnia, że pani w szkole prosi, by studzić jego
emocje, ponieważ zabiera głos nie pytany, chce się podzielić tym,
co zobaczył. Potrafi w podróży nie spać nawet 20 godzin - bo chce
oglądać, zwiedzać. Do Internetu wchodzi najczęściej po to, by
zobaczyć, gdzie jest wesołe miasteczko, które chciałby odwiedzić.
Właściwie to cały jego kontakt z komputerem. Czasem w coś gra, ale
to rzadkie momenty
Czy z tej pasji podróżowania wziął się Pani udział w
akcji szukania hoteli przyjaznych rodzinom z dziećmi?
Oczywiście. Okazało się, że to ciągle niezagospodarowana nisza -
rodzice chcą odpocząć, a dziecko się nudzi. To genialna idea i
wspaniała akcja - by znaleźć miejsca, do których rodziny z dziećmi
mogą przyjechać, nie biorąc ze sobą połowy pokoju dziecięcego.
Przyjeżdżając do hotelu, który jest w stanie zapewnić to wszystko,
rodzice są bardziej wypoczęci, dziecko jest wybawione, czego chcieć
więcej?
To znaczy, że w Polsce jest jeszcze wiele do zrobienia?
Porównując z Europą, z hotelami na świecie?
Myślę, że jest coraz lepiej. Akcja otworzyła oczy hotelarzom i
otworzyła oczy mamom. Mamy zyskały świadomość, że jak rezerwują
pokój hotelowy, to mogą zapytać o łóżeczko, wanienkę, podgrzewacz
do butelek, plastikowe sztućce czy krzesełko do karmienia. To
wszystko hotel powinien zapewniać - i to zapewniać za darmo, a nie
za jakąś dodatkową opłatą. To się naprawdę zmienia. Nawet względem
poprzedniej edycji hotele poczyniły krok do przodu. Mało tego,
nawet wyprzedzają kryteria, które w kapitule ustalamy. I oferują
jeszcze szerszą paletę możliwości. To bardzo krzepiące.
W natłoku wszystkich zajęć udało się Pani jeszcze wydać
książkę.
Nie wiem, jak to się stało.
Książka powstała w zasadzie w ciągu 3 miesięcy, od
czerwca do września, a w listopadzie już była w
sprzedaży.
Gdybym miała ją pisać w czasie roku szkolnego, to powstawałaby
pewnie przez rok. Jaś wtedy wyjechał na wakacje - najpierw z jedną
babcią, potem z drugą, później na obóz. Gdyby był w domu, miałabym
ogromne wyrzuty sumienia, że nie zajmuje się nim, tylko książką.
Szłam do pracy, a po pracy siedziałam, pisałam, robiłam wywiady,
opracowywałam je, zbierałam zdjęcia (bo na siebie wzięłam obowiązek
zebrania zdjęć z dzieciństwa wszystkich osób, które były bohaterami
tej książki). Nie potrafię opowiedzieć dokładnie, jak to wyglądało.
To był czas tak wytężonej pracy, że tego 3-miesięcznego wycinka z
zeszłego roku po prostu nie pamiętam. Ale też ogromna satysfakcja.
Zresztą poznawanie tych ludzi było fantastyczne. Gdyby Jaś był w
domu, na pewno by się to nie udało.
Skąd pomysł?
Pomysł z rozmów z rówieśnikami. Wszyscy, którzy jesteśmy z tego
pokolenia, uwielbiamy rozmawiać o przeszłości, o naszym
dzieciństwie, wspominać jak to zbieraliśmy puszki, piliśmy wodę z
saturatora albo syfonu i chodziliśmy w relaksach. Dzieciństwo w
Polsce Ludowej to nasze wspólne pokoleniowe doświadczenie. A
jednocześnie niesamowity punkt odniesienia do dzisiejszych czasów.
Kiedy pomyślałam sobie, że jesteśmy jedynym pokoleniem, które
otrzymało szansę przeżycia dzieciństwa w PRL-u i dorosłego życia w
wolnej Polsce i że to właśnie nam w '89 roku trafiła się ogromna
szansa wchodzenia w dorosłość ,a wraz w wchodzeniem w dorosłość
jednocześnie zaczynania życia w demokracji, to pomyślałam, że nikt
przed nami i nikt po nas takiej szansy nie otrzyma.
Książka spotkała się ogromnym zainteresowaniem. Czy
myśli Pani o kolejnej? Czy chciałaby Pani zajmować się
pisarstwem?
Jeszcze jestem za młoda, za mało wiem i za mało jestem
doświadczona, żeby usiąść i tak "z siebie" wydać książkę.
Potrzebuję zgromadzić jeszcze trochę życiowej mądrości, żeby móc to
zrobić. Ale książka w postaci rozmów czy wywiadów jest w moich
planach. Mam nadzieję, że ukaże się jeszcze w tym roku. Na razie
nie mogę zdradzić pomysłu. Jedną z rozmówczyń miała być Maria
Kaczyńska. Więc pewnie jej zadedykuję książkę.
Szkoda, że nie mogę poznać szczegółów. Umieram z
ciekawości.
Mogę tylko zdradzić, że będzie miała duży związek z dziećmi i
osobami w starszym wieku.
I w całości będzie oparta na rozmowach?
W całości.
W Internecie, które jest medium trudnym, cieszy się Pani
dużą popularnością i to popularnością bardzo pozytywną, co wcale
nie jest takie powszechne. Znalazłam strony dedykowane Pani,
prowadzone przez fanów. Zbiera Pani mnóstwo pozytywnych
komentarzy.
I bardzo mnie to cieszy. Po 10 kwietnia pojawiły się jednak
mniej chwalebne. Zarzucono mi, że zbytnio uległam emocjom i
zachowałam się nieprofesjonalnie. I że szefowie powinni mnie
zmienić widząc, że sobie nie radzę. Ale z drugiej strony, inni
twierdzili, że taki przekaz nie był im obcy. Że nie byłam maszyną,
tylko człowiekiem, który też ma swoje emocje, odczuwa i jest
bliższy ludziom. Otrzymałam ogromne wsparcie w postacie smsów,
maili, listów, to było niesamowite. Posypały się też
negatywne oceny, przyjmuję je z pokorą. Poza tym ktoś, kto
jest zajęty, spełniony, szczęśliwy nie ma czasu na takie
rzeczy.
Z drugiej strony inni zarzucali Jarosławowi Kuźniarowi,
z którym prowadziła Pani dyżur, że zachował się zbyt
powściągliwie.
Jarek jest profesjonalistą. Proszę sobie wyobrazic, że
płakalibyśmy oboje. Każdy przeżywa taką sytuację, jak potrafi,
Jarek też ciężko to zniósł, ale potrafił wytrzymac z eksplozją
emocji. I dobrze, bo mnie hamował, mobilizował, bardzo mu za to
dziękuję. Nie można dogodzić każdemu Zresztą nie mam takiego
zamiaru, nie da się sprostać wszystkim gustom. Kiedy przyszłam do
telewizji mówiono mi, że mam być bardziej agresywna, bardziej
napastliwa w stosunku do swoich rozmówców, że powinnam rzucać im
się do gardeł, bo takie jest współczesne dziennikarstwo.
Stwierdziłam, że tak nie umiem, bo to nie leży w mojej naturze. Mam
naturę łagodną, wolę zdobywać informacje z uśmiechem. Czy ktoś
zakazuje takiego typu dziennikarstwa? Powiedziałam: - Dajcie mi
szansę, to pokażę, że jest też miejsce dla takich
dziennikarzy. - To nie znaczy, że oni są gorsi albo lepsi, są
po prostu inni. I na szczęście TVN jest takim bardzo pojemnym
workiem, w którym może być i dziennikarz uznawany za agresywnego, i
ten, który jest uznawany za łagodnego, ciepłego - bo być może
widzowie takiej osoby też potrzebują. Każdy znajdzie swoją
widownię. Nie wolno nam myśleć, że będziemy się zawsze podobać
wszystkim.
Czy udaje się Pani znaleźć czas tylko i wyłącznie dla
siebie? Czas, który może Pani poświecić tylko sobie?
To bardzo rzadkie momenty. Czasem sobie gospodaruję trochę czasu
kosztem snu i wypoczynku. Kiedy kończę pracę o 11, wyszukuję
interesujące filmy i zasiadam w kinie. Jestem sama na widowni,
śmieję się i płaczę tylko dla siebie. Czasem bardzo lubię coś, co
kompletnie jest dla moich znajomych nienormalne - chodzę sama do
restauracji. Lubię wziąć gazetę albo książkę i po prostu godzinę
spędzić przy dobrej sałatce. Lubię też czasem sobie po prostu pójść
na masaż. Poza tym traktuję czas spędzony z rodziną jako czas dla
mnie.
Artykuł został wydrukowany z serwisu www.mamazone.pl.